KategoriaPrzemyślenia

Męski wieczór na AmfiRock Festival: The Bill, Nocny Kochanek i koncertowa edukacja

Nocny Kochanek, fot. własne.
Nocny Kochanek, fot. własne.

W nawiązaniu do niedawno opublikowanego wpisu pt. Festiwalowe rytmy lata, w tym roku znów nadarzyła się okazja, aby pojawić się na corocznym AmfiRock Festival, który odbywa się w katowickim Parku Zadole. To przyjemne, kameralne miejsce z centralnie położonym amfiteatrem, będącym główną areną festiwalu. W samym parku znajdziemy liczne alejki, potężną tężnię solankową,
a nieopodal mieszczą się akademiki Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, na terenie których rozbito miasteczko namiotowe oraz drugą, mniejszą scenę.

Tegoroczna edycja zauważalnie cieszyła się zwiększonym zainteresowaniem miłośników muzyki. Ludzi było znacznie więcej niż pamiętam to z ubiegłych lat, ale to bardzo dobrze! Gdyby impreza nie cieszyła się popularnością, jej żywot pewnie nie potrwałby długo. Wybrałem się tam z moimi 11-letnimi synami, aby spędzić popołudnie i wieczór w typowo męskim gronie. Pospacerowaliśmy po terenie całego parku oraz – co najważniejsze – uczestniczyliśmy w koncertach, które były głównym powodem naszej wizyty: The Bill oraz Nocny Kochanek.

Punkowy łomot na 40-lecie – The Bill

Występ legendarnej grupy The Bill obejrzeliśmy z widowni amfiteatru. Szczęśliwie udało nam się znaleźć wolne miejsca mniej więcej w połowie jej wysokości, co zapewniało świetny widok na to, co działo się na scenie i pod nią. A działo się tam niemal jak na Pol'and'Rocku: klasyczny młyn, ludzie niesieni na rękach tłumu (crowdsurfing), a nawet pewien wierny fan machający w górze swoimi kulami ortopedycznymi.

Co do samego zespołu – miałem przyjemność po raz pierwszy posłuchać chłopaków z The Bill na żywo i przyznam, że spuścili taki łomot, że energia nosi mnie do tej pory. To porządne, melodyjne granie zarówno klasycznych utworów, jak i tych z nowszych wydawnictw. Zespół obchodzi w tym roku swoje 40-lecie, ale radość z tego, co robią, wciąż jest ogromna.

Po ich koncercie mieliśmy niecałe dwie godziny przerwy, więc pokręciliśmy się jeszcze po parku. Na scenie grał akurat zespół Frontside, ale styl ich grania to już dla mnie za dużo – zdecydowanie nie moje klimaty.

Heavy-metalowe jaja pod sceną

Gdy nadeszła godzina 20:30 i Frontside zakończył swój set, liczba zgromadzonej publiczności wzrosła do – chyba – rekordowych rozmiarów. Amfiteatr oraz wszystkie tereny przyległe były szczelnie wypełnione ludźmi. Z chłopakami stanęliśmy jakieś 10 metrów od sceny, w bocznym sektorze, więc wszystko było doskonale widoczne.

Zespół Nocny Kochanek zaserwował potężny muzyczny łomot. Ich charakterystyczny wokalista dał świetny popis i show, dając jednocześnie do zrozumienia, że zarówno swoim zachowaniem, jak i całą twórczością, zespół robi sobie z heavy metalu „jaja” i traktuje to jako doskonałą zabawę (warto o tym poczytać np. w tym wywiadzie).

Muzyczna edukacja i pogo dla wnętrzności

Po tym występie moi chłopcy mieli już powoli dość i wcale im się nie dziwię. Muzyka heavy-metalowa potrafi solidnie zmęczyć po tak intensywnym odsłuchu, szczególnie w przypadku dzieciaków, których bębenki i całe ciało znacznie mocniej odbierają bodźce akustyczne. A wierzcie mi – stojąc blisko sceny, naprzeciwko potężnych głośników, własne wnętrzności robią pogo razem z ludźmi w tłumie.

Nasz punkowo-metalowy dzień dobiegł końca, a my wróciliśmy do domu zadowoleni i spełnieni. Liczę na to, że chłopcy gdzieś w głębi zakodują sobie w głowach, że muzyka to nie tylko utwory Skolima czy monotonne wycie z popularnych stacji radiowych. To także to, czego masowe media w zasadzie unikają, a co kiedyś budziło o wiele większe emocje i gromadziło rzesze fanów.

Komentarze

Brak komentarzy.

Dodaj komentarz