KategoriaObjazdówki

Objazdówka 2013: Gdańsk, Bydgoszcz, Koszalin, Mielno

Miniaturka wpisu: Objazdówka 2013: Gdańsk, Bydgoszcz, Koszalin, Mielno

Kolejna już objazdówka kolejowa za nami. Pora na małe podsumowanie!

Start w TLK Wydmy i przedział „na krzywy ryj”

Startujemy 12 lipca o godzinie 21:23, skąd wyrusza skład TLK Wydmy. Obłożenie tego pociągu niemal na samym początku trasy wynosiło grubo ponad 90%. W teorii powinny się znaleźć pojedyncze miejsca wolne, lecz w praktyce najatrakcyjniejsze miejsca stojąco-siedzące przy kiblu były jeszcze wolne. Nasza ekipa w składzie 3-osobowym (Jo, Lód i Cyc) ulokowała się początkowo w przedziale razem z jakąś podstarzałą rodzinką. Wszyscy siedzieliśmy tam w sumie na krzywy ryj, gdyż nasza paczka posiadała bilety na 1 klasę, natomiast rodzinka miała co prawda na drugą, ale w innym wagonie. Ponieważ tam się nie dopchali, to usiedli przy nas. Pociąg rusza punktualnie, przed nami ponad 8-godzinna podróż do Gdańska.

Klątwa z Częstochowy i nocleg na korytarzu

Po około półtorej godzinie spokojnej jazdy, w Świętym Mieście – jak niektórzy to miejsce nazywają – wsiadła dość konkretna liczba podróżnych. Korytarze międzyprzedziałowe zostały szczelnie wypełnione, a wolne miejsca w przedziałach „załatane” pojedynczymi osobami. Niestety, zanim pociąg odjechał z jasnogórskiego grodu, drzwi naszego przedziału otworzyły się nieoczekiwanie i zanim kogolwiek zobaczyliśmy, usłyszyliśmy szybki paciorek.

Po zakończonej modlitwie do środka wsunęła się ręka, w której znajdował się koszyczek na dobrowolne datki z przyklejonym obrazkiem jakiegoś świętego. Niestety nikt z nas nie posiadał drobnych, toteż zawartość koszyczka nie zmieniła się. Pan, lekko zniesmaczony zaistniałą sytuacją, zaczął werbalnie zachęcać do uiszczenia „co łaska”, lecz jedyna reakcja z jaką się spotkał to informacja, że możemy mu jedynie zrobić przelew bankowy tudzież zapłacić PayPassem, gdyż miedzioków nie posiadamy. Ów gościu zdenerwował się wtedy nie na żarty, wszczął awanturę, a na końcu rzucił na nas klątwę i trzaskając drzwiami, wyszedł.

Nasz przedział nie ochłonął jeszcze po jednym, gdy tymczasem drzwi energicznie rozsunęły się po raz drugi. Nagle weszło chyba z 5 osób, na czele których stanął krzepki dziadek, informując zastane towarzystwo i pokazując palcami, że nastąpiła pora wysiadki i trzeba natychmiast opuścić przedział. Nasza trójka, spodziewając się prędzej czy później takiej sytuacji, grzecznie wyszła, natomiast rodzinka zaczęła się wykłócać z seniorem, ale raczej stali na straconej pozycji. Koniec końców ulokowaliśmy się wśród tłuszczy na korytarzu i tam też spędziliśmy resztę nocnej podróży. Nocka na korytarzu to dla nas nic nowego, toteż żadnej sensacji nikt nie robił.

Gdańsk: Ostrzeżenie od rowerzystki i kumulacja w Lotto

W Gdańsku meldujemy się kilka minut po godzinie 6:00 rano. Na dworcu oraz przed nim dość spory ruch, jak na wczesny poranek sobotni. Pogoda niestety dość kiepska: deszcz wisi w powietrzu, zimny wiatr i jest jakoś tak jesiennie aniżeli letnio. Tramwajem spod dworca głównego docieramy do odległej gdańskiej dzielnicy Jelitkowo, gdzie zakładaliśmy odpoczynek na plaży. Ponieważ jednak aura nie sprzyjała przebywaniu pod chmurką, szybko znaleźliśmy dogodny punkt z zadaszeniem, pod którym skonsumowaliśmy śniadanie i odpoczęliśmy po trudach nocnej podróży.

Mając wolne około 3 godziny, przespacerowaliśmy się ścieżką wzdłuż plaży do Sopotu (20 min spokojnego spaceru), by zobaczyć nowe miejsca. Podczas podróży powrotnej do tramwaju znienacka zostaliśmy zaczepieni przez pewną rowerzystkę, która ostrzegła nas, żeby pamiętać o Jezusie i wspomnieć czasami o nim, bo tak będzie dla nas lepiej. Nie wiemy do tej pory, czy to nadal działała klątwa nawiedzonego gościa z Częstochowy, czy po prostu wyglądaliśmy jak antychryści lub inni niewierzący.

Dalszy pobyt w Gdańsku minął bez większych incydentów. Wspomnieć należy tylko panią motorniczą tramwaju, która zatrzymała pojazd przy punkcie Lotto i poszła wykupić kupony. Widocznie była jakaś kumulacja!

Bydgoszcz: Kebabowy przystanek i luksusy w TLK Kopernik

Do Bydgoszczy ruszamy składem TLK Doker. Pociąg w sumie przyjechał punktualnie, czyli o godzinie 11:58. Niestety, zanim do nas dotarł, zdążył się napakować podróżnymi z Helu i sąsiedniej Gdyni, toteż był nieźle wypchany. Darowaliśmy sobie szturmowanie przedziału i niemal tradycyjnie już ulokowaliśmy się przy kiblu. W sumie to ważny punkt strategiczny każdej podróży, więc wysiadywanie pod nim wcale nie było takie głupie.

W Bydgoszczy wita nas lekka mżawka, która chwilę później przeszła w deszcz. Niezrażeni pogodą ruszamy w miasto w poszukiwaniu rynku oraz gastronomii. Po dłuższym obchodzie znajdujemy cel i uzupełniamy tradycyjnym daniem tureckim niedobór w żołądkach oraz puste miejsca w plecakach (tzw. zakupy na drogę). Bydgoszcz okazała się ładnym i przyjaznym miastem z dużą ilością lokali gastronomiczno-barowych, toteż mieliśmy nawet chwilowy problem z wyborem odpowiedniej miejscówki na uzupełnienie płynów ustrojowych.

Sympatyczne miasto żegnamy przed godziną 18:00 i ruszamy składem TLK Kopernik w kierunku Warszawy. I tutaj, po wejściu do pociągu, wielkie zaskoczenie! Znajdujemy konkretny przedział klasy 1. Wycieczka momentalnie korzysta z luksusów dostępnego taboru, w spokoju regenerując siły przed wizytą w stolicy.

Warszawska szarańcza, TLK Posejdon i impreza konduktorska

Wizyta w Warszawie – mająca charakter wyłącznie przesiadkowy z planowanych 30 minut – niepokojąco się wydłuża. W dodatku peron, na którym oczekujemy kolejnego składu o nazwie TLK Posejdon, zapełniony jest niezliczoną ilością ludzi, ich toreb, torebeczek, bagaży, walizek i innych wakacyjnych atrybutów. Dworcowe szczekaczki oznajmiają 15-minutowe opóźnienie, tłum na peronie gęstnieje, a my – w sumie z braku zajęć – zaczynamy obserwować, jak szarańcza nerwowo rozgląda się na boki i czeka tylko na zapowiedź pociągu. Gdy w końcu ów pociąg zostaje zapowiedziany, następuje sprawne przegrupowanie sił. Krawędzie peronowe zostają dość szczelnie wypełnione, a ludzie, chyba nawet spod ziemi, dalej nadciągają.

TLK Posejdon wjeżdża dość mocno „uzbrojony”, bo ma aż 15 wagonów, co jak na realia PKP jest dla tego składu liczbą maksymalną. Niestety przyjeżdża – jak można się domyślić – konkretnie naładowany, toteż wpuszczenie tego motłochu zajmuje sporo czasu i powoduje, że opóźnienie rośnie o kolejne kilkanaście minut. Nam na szczęście udaje się zająć miejsca w przedziale (co prawda drugiej klasy, bo do pierwszej to nawet nikt się nie dopchał). W pełni zadowoleni ze zdobyczy w postaci „luksusowych” miejsc siedzących na wypierdzianych kanapach, obserwujemy upychanie się tłumu w wagonach.

Podróż z Warszawy do Koszalina, która w zamierzeniu miała trwać niecałe 10 godzin, znacznie się wydłużyła – o ponad 60 minut. Wartym odnotowania jest jedynie fakt, że podczas zmiany konduktorskiej gdzieś w okolicach godziny 2:00-3:00 rano miała miejsce niezła imprezka, z głośną muzyką puszczaną chyba z komórki jednego z kierpociów. Nasz przedział graniczył z przedziałem służbowym, toteż byliśmy na bieżąco z tym, co działo się za ścianą. W sumie brakowało tam tylko maszynisty, i kto wie, czy by do nich nie przyszedł, ale kierowniczka pociągu chyba za nim nie przepadała, bo przez radio obrzucała go różnymi określeniami (nazywając go łagodnie ciamajdą). Kobietka jakaś nerwowa, bo parę razy poganiała chłopa, informując go o opóźnieniu. Szofer jechał jak mógł, ale niewiele zdziałał. Z godzinnym opóźnieniem (po godzinie 8:00 rano) zameldowaliśmy się w Koszalinie.

Mielno: Szybkie ładowanie jodu

W Koszalinie szybko nabyliśmy osobne bilety na szynobus Regio do Mielna. Podróż minęła błyskawicznie. 15 minut spędzone w nowoczesnym, klimatyzowanym szynobusie dodało nam +10% do ogólnego prestiżu i samopoczucia.

W Mielnie, korzystając z okazji, że nawet ładnie się rozpogodziło, udajemy się na plażę w celu odbycia szybkiej kuracji uzupełnienia jodu w organizmie, zapasów i tym podobnych niezbędnych rzeczy przed podróżą powrotną. Szkoda tylko, że temperatura – wynosząca raczej jakieś 15-17 stopni – nie pozwalała zażyć kąpieli morskich w celu orzeźwienia. Mimo wszystko dobre chociaż to nawdychanie się morskiego klimatu.

Powrót Gwarkiem, czyli spać jak król (Podsumowanie)

Podróż powrotna zaplanowana była na godzinę 13:11 z Koszalina. Gromadzimy się na peronie kilka minut przed przyjazdem pociągu, wśród sporej liczby urlopowiczów. TLK Gwarek z Ustki do Katowic pojawia się punktualnie, w skromnym zestawieniu zaledwie 7 wagonów. Na szczęście klątwa gościa z Częstochowy już na nas nie działała, toteż udało się znaleźć luksusowy przedział z rozkładanymi fotelami. Niesamowita frajda to położyć się na takim rozłożonym fotelu, niemal jak na leżaku, wypić schłodzone napoje chmielowe i uciąć sobie drzemkę. Regeneracja organizmu przychodzi bardzo szybko.

Odnotować należy jedynie małą awanturkę z drużyną konduktorską. Kłócili się z nimi podróżni, którym sprzedano bilety z miejscówkami, jakich zwyczajnie w świecie nie było w tym pociągu. Tak więc zamiast miejsc siedzących, mięli do dyspozycji okupowanie kibelka, warowanie na korytarzu lub wysiadywanie na własnych walizkach. Klątwa z Częstochowy chyba przeszła na nich.

Podróż Gwarkiem przebiega spokojnie i – co najważniejsze – punktualnie. Meldujemy się w Zabrzu w niedzielę o godzinie 22:43. Tym samym kończymy objazdówkę AD 2013! Kolega Cyc odłącza się od nas dość szybko, gdyż pędzi na nockę do roboty. Pozostali członkowie wycieczki udają się na zasłużony odpoczynek do swoich domów.

Za nami ponad 2200 kilometrów, kilkanaście godzin spędzonych poza pociągami i kilkadziesiąt godzin w trasie. Było sporo ciekawych przygód, czas miło zleciał, a każdemu z uczestników apetyt na dalsze podróżowanie absolutnie nie minął, a wręcz wzrósł.

Podsumowanie finansowe: Cała impreza kosztowała nas 122 zł (bilety kolejowe + tramwajowe) + indywidualne koszta własne. Wrażenia za to? Bezcenne!

Komentarze

Brak komentarzy.

Dodaj komentarz