W tym roku przypada skromny jubileusz dziesięciolecia wspólnych wyjazdów turystyczno-wycieczkowych, które ewoluowały stopniowo w objazdówki. Oprócz tego, ze względu na zbliżający się termin ojcostwa jednego z pionierów i pomysłodawców, podjęto decyzję, że objazdówka odbędzie się „na bogato” i zrealizujemy ją już podczas długiego weekendu majowego. Dodatkowym czynnikiem owej „bogatości” był fakt, że po raz pierwszy wyjazd będzie trwać aż 3 dni, gdyż według planu wypadał 1 maja o 02:48, a powrót zaplanowano dopiero na 3 maja o 15:50.
Trasa wyjazdu przedstawiała się następująco:
-
Janowice Wielkie,
-
Jelenia Góra,
-
Szklarska Poręba,
-
Toruń,
-
Władysławowo,
-
Gdynia,
-
Warszawa.
W każdym z tych miejsc przewidziano sporo atrakcji okołokolejowych.
I tak, spakowana ekipa stawiła się 1 maja o 02:30 na peronie dworca zabrzańskiego. Humory dopisywały, jedyne, co psuło minimalnie radość, to nieciekawe prognozy pogody. Podczas wyjazdu co prawda nie padało, ale było dość zimno, a i na dzień w okolicach Dolnego Śląska synoptycy wieścili sporo deszczu i chłód.
Oblężenie strategicznego WC w TLK Karkonosze
Punktualnie o 02:48 podstawił się na peron załadowany niemal w 100% TLK Karkonosze. Nie udało nam się zdobyć miejscówki na ten skład, więc podjęliśmy decyzję, że kilka godzin spędzimy przy ważnym i strategicznym miejscu, jakim jest wagonowe WC. Decyzja ta okazała się dość trafna, bo mieliśmy możliwość skorzystania niemal natychmiast z przywilejów toalety bez zbędnego deptania po śpiących ludziach czy przepychania się między przedziałami.
Podróż do Wrocławia przebiegała spokojnie i bez większych mankamentów. Dobry humor dopisywał, kibel jeszcze się nie zatkał, tak że nie było powodów do narzekania. Niestety we Wrocławiu okazało się, że nasz pociąg, który miał odjechać po około 20-minutowym postoju, będzie musiał zaczekać na spóźnialski skład ze Świnoujścia w celu skomunikowania. Szczekaczka peronowa zapowiadała około 80-minutowe opóźnienie. Nie było wyjścia, więc czekaliśmy grzecznie, aż spóźniony skład nadjedzie i ludziska przejdą do naszego pociągu.
W międzyczasie konduktor zamknął nam ubikację, co wywołało u niektórych pewne obawy i pełne lęku pytania: „Czy wytrzymam?”. Za pomocą zwykłego klucza do zamka udało się nam otworzyć na małą chwilę toaletę, ale na wieść, że można z niej korzystać (czerwone światełko na końcu korytarza zgasło i oznajmiło to wszystkim dookoła), pojawiły się u nas delegacje z innych wagonów. Nie muszę mówić, co to oznaczało, gdy pociąg odjedzie, i co kolejarze znajdą na torach... Udało się znowu zamknąć toaletę, korzystając z chwili przerwy, gdy przewinęło się przez nią jakieś 10 osób.
Gdy ruszyliśmy, znów otworzyliśmy podwoje, ale kolejki do przybytku zaczęły się tworzyć z dwóch stron: od strony początku wagonu oraz od strony drugiego wagonu. Wyglądało to tak, jakby to było jedyne czynne WC w całym składzie. Dokładnie nie wiemy, czy doświadczyliśmy bycia świadkami zbiorowego parcia na pęcherz, czy jakiejś innej anomalii, a może ludziska pchali się akurat do nas, bo akurat leciała ciepła (!!!) woda z kranu? Nigdy nie poznamy odpowiedzi na to pytanie, ale musieliśmy znów zamknąć toaletę na jakiś czas, bo nie dało się spokojnie nawet zjeść śniadania. Pod koniec naszej trasy, która to przedłużyła się o 1,5 godziny, otworzyliśmy toaletę dla dobra ludu. Możemy się też pochwalić, że z większości toalet w składzie nasza, dzięki reglamentowanemu dostępowi, była jedną z najczystszych.
Janowice Wielkie, deszcz i „Klocek” pod wiatą
W Janowicach Wielkich meldujemy się około godziny 9 z minutami. Pogoda jest pod psem, groźba deszczu wisi w powietrzu. Wyskakujemy szybko z dworca i kierujemy się zielonym szlakiem w kierunku ruin zamku Bolczów.
Droga przebiega bardzo spokojnie – najpierw około 10 minut przez miejscowość, a później wkroczyliśmy w las, gdzie pod górę, przez błota, strumyki i inne pnie tarasujące drogę, dotarliśmy do miejsca docelowego. Z zewnątrz zameczek wydawał się bardzo mały, ale podczas godzinnej eksploracji, wśród mżawki i chwilowych przejaśnień, odkrywaliśmy co chwilę nowe, ciekawe i piękne zakamarki tego klimatycznego miejsca. Szarańczy turystycznej praktycznie nie było wcale, więc nikt nam nie hałasował ani nie wpychał się w kadr aparatu. Można powiedzieć, że mieliśmy zamek na wyłączność.
Po obowiązkowej fotosesji i zjedzeniu drugiego śniadania, tuż przed szturmem motłochu na zamek, podjęliśmy decyzję o opuszczeniu ruin i skierowaniu się do „centrum”, czyli na dworzec. Mimo opóźnienia udało nam się w optymalnym czasie dojść, zwiedzić i opuścić zamek bez zbędnego pośpiechu. Niestety w drodze powrotnej zaczął padać deszcz, więc musieliśmy przyspieszyć kroku i porzucić plan, który od 10 lat pozostaje niezrealizowany... Plan w niezmiennej formie cały czas czeka na wykonanie ze strony kolegi Grzegorza, a zakłada on, że kolega, aka Lód, wchodzi do sklepu i zamawia trzy piwa po angielsku. Ktoś stoi obok i nagrywa całą sytuację. Banał, ale jak widać – nie wychodzi.
Po dotarciu na dworzec, konkretnie zmoczeni (jak to dobrze, że wzięliśmy kurtki!), z żalem stwierdzamy, że peron ani budynek nie mają zadaszenia, gdzie można się schować, a sam budynek dworca jest wyłączony z użytkowania. Na szczęście znaleźliśmy nieopodal, może 15 metrów dalej, jakiś rozlatujący się budynek, który miał małą wiatę i tam mogliśmy się schronić przed lecącą z nieba wodą. Jedynym mankamentem tego miejsca był niewiadomego pochodzenia organiczny klocek sporej wielkości, leżący około 1,5 m od końca zadaszenia wiaty, pod którą staliśmy. Na szczęście nie śmierdział.
Podczas debaty pod daszkiem doszliśmy do wniosku, że ewakuujemy się szybciej, niż to mieliśmy w planie, do Jeleniej Góry. Z wielką radością czekaliśmy na godzinę 11:21, gdyż według rozkładu miał pojawić się regionalny pociąg. Minęła 11:30 i ani śladu pociągu. Lekko zirytowani brakiem aktualnego rozkładu oraz brakiem zapowiedzi, udaliśmy się przed budynek dworca na przystanek autobusowy. Wyszliśmy ze słusznej logiki, że powinna tam być ławeczka, na której będzie można usiąść i dać chwilę odpoczynku nogom po „stojącej nocce” i trudach dojścia do i z zamku. Oczywiście budka przystanku była pięknie zadaszona i nigdzie w kącie nie było nasrane, ale ławeczki brak.
Nieco rozczarowani stoimy już w budce, obserwując sytuację na torach oraz budynek dworca, i nagle widzimy szybko zmierzającą postać ładnie ubranego (w garniturku) żulika idącego w stronę dworca. Facet otworzył drzwi budynku i zniknął w środku. W głowach pojawiła się nadzieja, że oto jednak jest jakaś dworcowa poczekalnia, którą jakimś cudem przegapiliśmy. Ruszyliśmy pędem za nim, ale okazało się tylko, że gość zrobił dostawę alkoholu do dworcowej meliny. W środku atmosfera była dość ciężka, zatem lepiej było już nawet stać przy tym klocku pod daszkiem, niż przesiadywać w dworcowej gorzelni.
Nieoczekiwanie, ku naszemu zaskoczeniu, na peron wjechał, jak się okazało, spóźniony pociąg Regio „Kamieńczyk”, więc czym prędzej pognaliśmy w jego kierunku. Rozlokowaliśmy się w wagonie bezprzedziałowym. W środku istne Bizancjum i luksus jak na pociąg regionalny: klimatyzacja, wygodne fotele, wyświetlacze LCD... 15-minutowa podróż minęła szybko i aż nie chciało się wysiadać.
Jelenia Góra, luksusy w Regio i szczekaczka z piekła rodem
Stację Jelenia Góra powitaliśmy o godz. 12:00. Na miejscu pierwszy sukces – bo nie pada i chociaż niebo było pochmurne, to jednak nie widniała na nim groźba rychłych opadów. Od razu ruszyliśmy w kierunku starówki, w poszukiwaniu przede wszystkim lokalu, gdzie można uzupełnić niedobór jedzenia. Samo dojście do rynku, jak i wybór lokalu, były bardzo szybkie – Sphinx ugościł nas w swych progach i nakarmił.
Najedzeni ruszyliśmy na obchód miasta. Już z oddali, gdy zbliżaliśmy się w stronę miejskiego ratusza, dochodziły do nas niepokojące dźwięki, a gdy udało się podejść bliżej, zobaczyliśmy jakiś wiec poparcia ludu dla kandydata z partii PiS. Ładne, stare babcie i dziadkowie w strojach ludowych śpiewali piękne pieśni wyborcze na cześć kandydata, a lud z flagami wesoło machał nimi we wszystkie strony. Obeszliśmy to ciekawe zjawisko i udaliśmy się na dworzec kolejowy celem uzupełnienia niedoboru kawy w organizmie i przeczekania na kolejny skład, tym razem w kierunku Szklarskiej Poręby.
Spokoju na dworcu jednak nie zaznaliśmy, albowiem mimo bardzo małej liczby ludzi w poczekalni, wygodnych siedzonek, bliskości WC tudzież automatu do kawy, dworcowy zapowiadacz niemal krzyczał do mikrofonu. Głośnik też był podkręcony prawdopodobnie na maksimum możliwości i efekt końcowy był taki, że huk jego zapowiedzi obudziłby nie tylko nieboszczyka, ale skutecznie zagłuszyłby przejeżdżający pociąg. Szczęściem było akurat to, że ze względu na weekend chłop nie musiał się często wydzierać, bo w ciągu 1,5 godz. zapowiedział ledwo dwa składy, w tym nasz. Niestety, akurat w momentach najlepszej drzemki.
Szklarska Poręba i „Białe Skały”
O godz. 16:07 lądujemy w Szklarskiej Porębie Górnej, czyli na końcowej stacji. Wyruszamy zgodnie z planem na „Krucze Skały” i „Krzywe Baszty”. Pogoda dopisuje, bo nie pada, jest rześko, a nawet czasami błyśnie słońce! Po krótkiej drodze szybko trafiamy na pierwszy punkt, czyli Krucze Skały. Ładne, malownicze formacje, na których urządzono park linowy. Za 20 zł można zjechać z najwyższego punktu aż na sam dół, a następnie plecami w dół przebyć niemal leżąc odcinek nad potokiem. Fajna sprawa, ale nikt z nas nie miał drobnych (albo też wszyscy mieli, ale bali się przyznać). Pooglądaliśmy ryzykantów (jeden się zaplątał i blokował trasę przez kilkanaście minut naszej obecności w tym miejscu), porobiliśmy fotosesję i ruszyliśmy na drugą stronę ulicy.
Tam z kolei były Krzywe Baszty. Przyjemne do chodzenia, dostępne dla szerszej rzeszy turystów. Wysokie na około 15–20 m wśród gęstych krzaków i drzew. Oczywiście obowiązkowa fotosesja w niemal każdym zakątku skał była wykonana. Mimo trudnego dostępu dotarliśmy na sam szczyt i niczym zdobywcy Himalajów podziwialiśmy przez krótki czas okolicę z góry. Czas mijał sympatycznie i nadeszła pora powrotu. Ruszyliśmy jeszcze na szybki obchód tzw. centrum, czyli doszliśmy do Skweru Radiowej Trójki i z powrotem. Po drodze nie obyło się bez skosztowania ciepłego oscypka, tym bardziej że kosztował 2 zł, a nie 4 zł, jak w zeszłym roku nad morzem. Logiczne, koszty transportu odpadły.
Na sam koniec, będąc już przy stacji, ruszyliśmy na formacje o frapującej nazwie Białe Skały. Kolorem białego nie przypominały, ale drugi człon nazwy się zgadzał. Było to parę kamieni rzuconych wysoko nad stacją kolejową, na które można było się wdrapać i oglądać część Szklarskiej Poręby z góry oraz podziwiać stację kolejową z tej perspektywy. Pobyt na Białych Skałach nie zajął nam zbyt wiele czasu, więc po krótkiej chwili wylądowaliśmy znów na peronie.
Jako że pociąg już był podstawiony, to korzystając z okazji, zajęliśmy zabukowane miejsca, rozprostowaliśmy nogi i otworzyliśmy popularny, gazowany napój alkoholowy, przez niektórych zwany piwem. Po całym dniu łażenia, wspinaczek, spacerowania, jeżdżenia itp., takie piwko smakuje jak nigdy. Do tego naturalnie schłodzone i lekko wstrząśnięte (ale nie mieszane!!) w plecaku – to sama przyjemność. Chwilę po otwarciu puszek pojawił się konduktor, który pewnie chętnie by się do nas dołączył, ale że nie miał piwa, to poszedł dalej. Widać, że chłop miał smak, ale nawet jakbyśmy chcieli go poratować browarkiem, to i tak nikt z nas już więcej nie miał. Życzył smacznego i poszedł. Takich sympatycznych ludzi na kolei brakuje.
Podróż do Wrocławia przebiegła bardzo spokojnie i bez skandali. Niczym w filmie odjechaliśmy w stronę zachodzącego słońca, a stukot kół o szyny sprawił, że szybko zachciało się uzupełnić niedobór senny. Po dotarciu na stację Wrocław nastąpiła szybka i sprawna przesiadka na kolejny pociąg – TLK Rozewie, którym to podczas nocnej podróży zajechaliśmy do Bydgoszczy.
Bydgoszcz, Toruń i poranne spotkanie z „piździawą”
Meldujemy się w Bydgoszczy o godzinie 05:25, i to, co zastajemy tam na miejscu, przechodzi nasze najśmielsze oczekiwania. Raz, że dworzec kolejowy jest w stanie permanentnego rozkładu z powodu prac rozbiórkowo-remontowych, a dwa – i to najważniejsze – temperatura otoczenia oscylowała w okolicy zera stopni. Spowodowało to pewien dyskomfort termiczny, potocznie zwany „piździawą”, który to zachodzi wtedy, gdy wychodzi się nagle z ciepłego i wygodnego miejsca wprost do chłodni.
Pozytywnym akcentem było na szczęście to, że osobówka do Torunia już na nas czekała i wcale nie trzeba było przemierzać ślepo terenu budowy, by szukać naszego składu. Ogrzewanie w pociągu na szczęście działało i w ciągu godzinnej podróży zdążyliśmy się na tyle zagrzać, a co niektórzy nawet spocić. Pogoda zmierzała ku lepszemu, bo zapowiadał się piękny, słoneczny i bezchmurny dzień.
Stacja o zaskakującej nazwie Toruń Miasto nie zaskoczyła nas przepychem i bogactwem, a raczej pustką i spokojem. W dodatku utrudniona ewakuacja z dworca ze względu na prace remontowe budynku i okolicy uszczknęła nam troszkę czasu. Ruszamy żwawym krokiem wzdłuż Wisły, delektując się promieniami słońca i podziwiając spokojne o tej porze (06:30) miasto. Ruiny zamkowe okazują się resztkami fundamentów i małymi kawałkami murów, które można zwiedzić w spokojnym tempie w około 5 minut, ale cała okolica samego zamku, bliskość rzeki oraz piękne widoki na starą architekturę powodują, że czas spędzamy miło, eksplorując zakamarki kompleksu.
Tuż po opuszczeniu ruin i skierowaniu się w kierunku starówki włącza się tzw. gastrofaza, ale pomocna okazała się bliskość pewnego sklepu („Jakie to szczęście, że Biedronka jest tak blisko!”), w którym zakupione ciepłe bagietki czosnkowe smakowały jak najlepsze jedzenie z francuskiej kuchni. Starówka o tej porze jest bardzo spokojna, gdzieniegdzie tylko mijaliśmy imprezowe niedobitki (niedopitki?) wolno toczące się w bliżej nieokreślonym kierunku, często chaotycznym i nieskoordynowanym krokiem. Niedaleko ratusza spostrzegliśmy niezwykłe skupisko strażników miejskich, którzy w 6 osób zbili się w jedną wielką żółto-odblaskową kupę i dyskutowali o czymś zawzięcie.
Spacer po starówce i okolicy zajął nam około 1,5 godziny, i tuż przed odjazdem udało się zaatakować jeszcze McDonalda w celu nabycia gorącego napoju kawowego z mlekiem. Pociąg powrotny do Bydgoszczy nadjechał punktualnie o 09:00, a nam nie pozostało nic innego, jak odhaczyć Toruń jako zrealizowany na objazdówkowej checkliście.
Podróż bardzo ładnym, nowoczesnym składem typu Pesa Elf przebiegła nad wyraz szybko, a to za sprawą dobrego nastroju, który to był z kolei spowodowany ładną pogodą i – póki co – bezproblemową realizacją planu wycieczkowego. Ponownie zjawiamy się na dworcu w Bydgoszczy, i jako że mamy 1 godzinę 23 minuty czasu wolnego, postanawiamy wyruszyć na miasto w celu odświeżenia sobie wspomnień z wizyty w tym miejscu w 2013 r.
Niestety, opuszczenie dworca okazało się mocno skomplikowane przez pozastawiane wyjścia i błądziliśmy dobre 15 minut „od lewa do prawa” w celu znalezienia wyjścia z tego przybytku. Przez chwilę zaświtała nam nawet wizja, że oto nie ma wcale wyjścia do miasta, bo może ktoś nie chciał, aby zbłąkani turyści włóczyli się po Bydgoszczy, ale szybko obaliliśmy tę chorą hipotezę, bo przypadkiem natrafiliśmy na zaułek, za którym znajdowało się upragnione wyjście na zewnątrz. Aby dostać się w kierunku rynku, pomogła nam okolicznościowa mapka i dzięki temu zabiegowi dość szybko, bez zbędnego krążenia, dotarliśmy na bydgoski deptak, a stamtąd już na rynek. Właściwie, po osiągnięciu rynku zrobiliśmy szybki zwrot na pięcie i ruszyliśmy z powrotem w kierunku dworca, gdyż czas wolny kurczył się w szybkim tempie. Wejście na dworzec okazało się o wiele prostsze niż wyjście, ale nikt z nas nie wnikał, dlaczego akurat tak było.
Chwilę po przybyciu na peron nadjechał bardzo ładny skład IC Mieszko. Wagon klasy drugiej z klimatyzacją (nadmienię, że sprawną!), przyciemnione szyby i wygodne, regulowane fotele sprawiały, że poczuliśmy się jak burżuje i przez chwilę przeżyliśmy nawet szok wywołany warunkami, w jakich się znaleźliśmy. Można powiedzieć, że czuliśmy się rozczarowani standardem tego pociągu, gdyż każdy spodziewał się miejsca tuż przy WC i brudnych, opierdzianych kanap z lat 80. Uczucie rozczarowania szybko minęło – trwało mniej więcej tyle, ile otwarcie schłodzonego piwka. Na koniec podróży nawet żałowaliśmy, że trzeba wysiadać, i co prawda nie mieliśmy takiego obowiązku, to jednak realizacja planu wycieczkowego wzięła górę i o godzinie 13:37 zameldowaliśmy się na dworcu Gdynia Główna.
Zmiana planów: Zamiast Władysławowa witamy Hel!
W Gdyni już słonecznie nie było, pogoda, jak to nad morzem, nie nastrajała optymizmem. Przesiadamy się sprawnie na Regio w kierunku Helu. Docelowo według planu mieliśmy wysiąść we Władysławowie, aby zaliczyć tę nadmorską mieścinę, ale że nikomu nie chciało się ruszyć do wyjścia, gdy już osiągnęliśmy stację, to jednogłośnie, bez słów, podjęliśmy decyzję, że odwiedzimy Hel, z którym to również mamy ładne wspomnienia z poprzednich eskapad kolejowych. Podróż przebiegała bez problemów; było dość tłoczno, sporo rowerzystów (nie chciało się pedałować) i innego elementu turystycznego zmierzało w tym samym kierunku, co i my. Skład o tyle nowoczesny, że znaleźliśmy działające gniazdka sieciowe, co pozwalało podładować niemal pustą baterię w telefonie.
Stacja Hel powitała nas widokami przypominającymi pierwsze dni odbudowy stolicy w 1945 r. Nawet pobliskie ośrodki wczasowe, składające się ze starych, drewnianych wagonów, częściowo zniknęły, ale taka jest cena rewolucji. Po przedarciu się przez spory plac budowy ruszamy wzdłuż torów w kierunku „sekretnej” ścieżki prowadzącej do bezludnej plaży. Ponieważ ostatni raz była ona przez nas pokonywana w 2009 r., toteż przez upływ czasu, jak i lekko zmienioną okolicę, nie było łatwo na nią trafić. Naszą wesołą ekipę postanowił poprowadzić do celu kolega Krzysztof, vel Cyc, który twierdząc, że pamięta trasę, ruszył na czele pewnym krokiem. Nie mamy pewności, czy pamiętał, czy po prostu ślepy traf przyczynił się do sukcesu, ale odnaleźliśmy przejście bez zbędnego błądzenia po lesie i wydmach. Charakterystyczny punkt orientacyjny w postaci opuszczonej wieży obserwacyjnej nadal stał na swoim miejscu, a plaża nadal była wyludniona. Fakt, „trochę” wiało, jak to nad morzem bywa, ale przynajmniej bez problemu można było oddychać świeżą, rześką bryzą i poczuć wiatr we włosach (a nawet przeszywający całe ciało).
Wędrówka z bezludnej części plaży do tej bardziej zaludnionej trwała trochę czasu, ale dla chcącego nic trudnego. Wyjście z plaży wprost na miasto i właściwie jeden cel – „Bar pod Brzóską”. Legendarna, helska knajpa z dobrym jedzeniem i przystępnymi cenami. Czas pomału płynął do przodu, jednak bez obiadokolacji w „Barze pod Brzóską” nie mogło być mowy. Na koniec szybkie zakupy w Polo Markecie i udajemy się ponownie na teren rozpierdzielu, czyli będącego w trakcie modernizacji dworca kolejowego.
W oczekiwaniu na pociąg zauważyliśmy, że pracownicy niekoniecznie rozmawiali po polsku. Strzępy ich rozmów wskazywały raczej na pochodzenie ukraińskie lub jakieś inne z kierunku wschodniego. W międzyczasie również niebezpiecznie rosła liczba podróżnych, a miejsca na częściowo wyremontowanym peronie ubywało. Oczywiście rowerzyści już się najeździli i oni również zjawili się prawdopodobnie w tym samym celu, co i my – czyli ewakuacji z Helu do Gdyni.
Około godziny 18:30 zjawił się niewielki szynobus i zaraz, gdy tylko się zatrzymał, nastąpił szturm. Rowerzyści i reszta podróżnych ruszyli w kierunku drzwi wejściowych do składu i po chwilowej kotłowaninie, gdzie wydawało się, że mogą paść pierwsze ofiary, wszyscy o dziwo siedzieli na miejscach. Oczywiście tylko przez chwilę, bo konduktor, który siedział w osobnym rzędzie niedaleko nas, rozpoczął działalność handlową w postaci sprzedaży biletów, i bardzo szybko utworzyła się od początku do końca składu kolejeczka chętnych. Zauważyliśmy, że konduktor nie posiadał portfela, a bilon chował do kieszeni. Pod sam koniec sprzedaży biletów kieszeń jego eleganckich spodni garniturowych była nieźle wypchana i zapewne swoje ważyła.
Droga powrotna minęła w dobrym humorze, choć bywało nieco głośno ze względu na siedzących w końcowej części składu jakichś gimnazjalistów, którzy – mając prawdopodobnie jedno piwo na kilka osób – urżnęli się do tego stopnia, że zaczęli głośno szumieć i wybuchać co chwilę śmiechem na cały wagon, skutecznie zagłuszając gwar wszystkich ludzi będących w tym składzie. Obyło się bez awantur i w tak wesołym towarzystwie dojechaliśmy do Gdyni, gdzie, mając trochę czasu, postanowiliśmy odwiedzić kilka miejsc.
Gdynia by night i prywatyzacja przedziału
Do Gdyni zajechaliśmy około godziny 20:34 i, mając czas wolny aż do 23:15, bez zastanowienia uzupełniliśmy na początek niedobór kofeiny w organizmie, a następnie, naładowani energią, ruszyliśmy w kierunku portu i zwiedzania miasta w ramach założenia „Gdynia by night”.
Najpierw w pobliżu dworca odwiedziliśmy legendarne z nazwy „Delikatesy Melanż”, a następnie ruszyliśmy już docelowo do portu. Miasto, mimo późnej pory, było bardzo żywe – pewnie ze względu na panujący weekend majowy – i prezentowało się bardzo ładnie w sztucznym świetle latarni. Im bliżej portu, tym więcej knajp i dyskotek. W porcie szybkie zwiedzanie z zewnątrz oświetlonego „Daru Pomorza” i ORP „Błyskawica” oraz przypadkowa, pamiątkowa fota na tle Tramwaju Wodnego. Im głębiej w port, tym coraz ciszej i spokojniej.
Po kilku fotkach „po ćmoku” i spacerku wracamy na dworzec, aby zająć dogodne miejsce na peronowych ławeczkach. Zanim jednak trafiliśmy na peron, kolega Cyc bezowocnie poszukiwał miejsca w celu wydalenia z organizmu bliżej nieokreślonej (ale sądząc po stopniowo zwiększającej się nerwowości i agresji – chodziło o sporą ilość płynu) cieczy. Poszukiwania zakończyły się fiaskiem, a w łagodnych słowach określenie opłaty w wysokości 2,50 zł za skorzystanie z WC zostało nazwane „drobną przesadą”. Pojawiły się nawet pomysły napaści na WC lub załatwienia potrzeby tuż obok stanowiska klozet-babci, ale wszechobecna liczba kamer uspokoiła temperamenty niektórych uczestników wycieczki.
TLK 83202 nadjechał punktualnie i po zajęciu wskazanego w miejscówkach przedziału (przy okazji rekwirując pozostałe puste fotele) wycieczka udała się na zasłużony odpoczynek. Podczas nocnej podróży zauważyliśmy ciekawe zjawisko, gdyż ludzi na korytarzu było całkiem sporo, przedziały pozajmowane do ostatniego miejsca, a w naszym ledwie 3 osoby i 3 skromne plecaki na półce bagażowej. Reszta, tj. 5 miejsc, pusta i, co ciekawe, nie było na nie chętnych. Nawet sprawdziliśmy drzwi, czy przypadkiem się nie zatrzasnęły, ale otwierały się całkiem sprawnie, a ludziska, jak siedzieli na podłodze w korytarzu, tak siedzieli.
Do nas przyjść nie chcieli. Dopiero później okazało się, że kolega Grzegorz zdjął niepostrzeżenie buty tuż po wejściu do przedziału, a że narkoza zadziałała dość powoli, to zagadka pustego przedziału rozwiązała się sama. Nawet konduktor, który gdzieś około 2 w nocy otworzył drzwi ze sporym rozmachem i sprawnym ruchem zaświecił światło, stanął w drzwiach i, nie wykonując dalej kroku, oznajmił, że sprawdzi nam bilety. Nikt nie był z tego faktu zadowolony, gdyż oznaczało to przejście z pozycji poziomej do pionu i pofatygowanie się do drzwi, ale takie są koszty „prywatnego” przedziału i lepsze to, niż siedzieć ściśniętym z kimś obcym we czterech na kanapie w jednym rzędzie i oglądać kolejne 4 ściśnięte osoby na kanapie naprzeciwko.
Warszawa, zdjęcie klątwy i epicki powrót na Śląsk
Warszawa przywitała nas o godz. 05:30 bezchmurnym niebem i ostrymi promieniami słońca. Po sprawdzeniu trasy na mapce ruszamy w kierunku Stadionu Narodowego. Po krótkim, około 15-minutowym spacerku docieramy do rozległego terenu, na końcu którego stoi jedna z aren Euro 2012. Pora dość wczesna, to i ludzi praktycznie brak, jedynie trochę kaczek pchało nam się pod nogi. Stadion pozamykany na cztery spusty, więc nie pozostało nam nic innego, jak obejść go dookoła, porobić trochę foteczek i spojrzeć na panoramę Warszawy. Dobrze, że chociaż pobliskie toi-toie były otwarte, bo znów niektórzy z nas zaczynali się nerwowo zachowywać (niemiłe wspomnienia z Gdyni).
Ponieważ kolejny punkt objazdówki został zaliczony, pora przejść do kolejnego celu – przejażdżki metrem. Będzie to drugie podejście do podróży tym środkiem transportu po tym, jak w 2007 r. cała zabawa została popsuta przez nadgorliwych kontrolerów, a nałożona przez nich klątwa trwała aż do dziś. Pora ściągnąć klątwę, toteż ruszamy spod stadionu żwawym krokiem do pobliskiej stacji o nazwie (a jakże by inaczej) „Stadion Narodowy”.
Stacja jest wymarła, bilety udaje się zakupić w automacie, pokonujemy bramki i lądujemy na peronie. Wsiadamy w wagon jadący w kierunku stacji Centrum/Śródmieście. Wygląda na to, że klątwa pomału schodzi. Cały plan przejażdżki metrem zakładał kurs do kilku stacji (m.in. Plac Wilsona, Centrum itd.), wyjście na zewnątrz, a następnie powrót i dalej w drogę. Wiadomo, że bez sensu, ale w 1,5 godziny oblecieliśmy większość stacji niczym japońska wycieczka. Podczas tych wojaży obyło się bez niepotrzebnych incydentów i po zakończeniu metro-objazdówki oficjalnie uznaliśmy, że klątwa sprzed 8 lat została zdjęta, a metro już nie jest przeklęte. Podróż zakończyliśmy ponownie na stacji Śródmieście, skąd udaliśmy się już na Dworzec Centralny.
Odjazd przewidziany był na 09:48, więc udaliśmy się na peron celem zajęcia odpowiedniego miejsca w sektorze tak, by bez zbędnych przepychanek wsiąść od razu we właściwy wagon, na który mamy miejscówki. Oczywiście nie mogło być inaczej i peron, z którego miał nastąpić odjazd, był najbardziej zaludnionym miejscem na tym cholernym dworcu. Delikatnie spóźniony TLK Kossak nie zdążył jeszcze się zatrzymać na dobre, a rozszalały tłum zaczął oblężenie niczym wojska niemieckie Stalingradu w 1943 r. My byliśmy spokojni, bo mając miejscówki i ustawiając się dokładnie w tym miejscu, w którym „nasz” wagon się zatrzymuje (fajna sprawa – sekcje na peronach, a podczas zapowiedzi szczekaczka oznajmia, który wagon w jakiej sekcji staje), bezstresowo zajęliśmy przeznaczone dla nas miejsca.
W Krakowie planowo pojawiamy się o 12:51 i, z braku chęci oraz czując lekkie zmęczenie, nie opuszczamy dworca, czekając w spokoju na regionalny skład do Katowic. Kilkanaście minut przed odjazdem pojawia się nowiutki Elf, pachnący w środku jeszcze nowością (brakowało tylko folii na siedzeniach). Trasa kolejowa między Krakowem a Katowicami konkretnie się dłużyła nie tylko ze względu na ogólne zmęczenie wszystkich uczestników wycieczki, lecz także na dość kiepski stan torów.
W okolicy Jaworzna szofer „przygazował” trochę, rozpędzając skład z ok. 20 km/h do jakiejś konkretnej prędkości, i zaraz potem brakło prądu... To jest właśnie ten słynny odcinek, gdzie tory są w tak kiepskim stanie, że maszyniści muszą rozpędzić skład, a następnie przejechać krótki dystans siłą rozpędu, bez możliwości dotknięcia pantografem trakcji. Ciekawe doświadczenie i miły akcent na zakończenie objazdówki.
W Katowicach, gdyby nie spostrzegawczość kolegi Loda, wsiedlibyśmy nie do tego składu, do którego powinniśmy, i zamiast do Zabrza rozszerzylibyśmy wyjazd o nieplanowaną stację Zwardoń.
W Zabrzu meldujemy się o 15:50 i oficjalnie kończymy podróż AD 2015.
Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz