KategoriaObjazdówki

Objazdówka 2018

Miniaturka wpisu: Objazdówka 2018

Objazdówka dobiegła końca, zatem na spokojnie można zdać krótką relację z cyklu „jak było”. Po dwóch latach przerwy w końcu udało się zorganizować kolejowy wyjazd na dość prostą i łatwą trasę: Gdańsk – Wałbrzych, wedle utartego schematu „tam i nazot”. Problem ze skompletowaniem pełnej obsady spowodował, że pojechaliśmy w dwie osoby: ja i kolega Cyc. Pod tym względem była to nowość, bo jeszcze nigdy w historii kolejowych objazdówek nie podróżowaliśmy we dwójkę.

Nocna rzeźnia i uciekający pociąg

Plan ułożony, bilety kupione, więc nadchodzi wiekopomna chwila, w której spotykamy się na dworcu kilkanaście minut przed planowanym odjazdem. Rozkładowo o godzinie 1:06 dnia 11 sierpnia powinniśmy już siedzieć w słynnej od lat nocnej rzeźni „Przemyślanin”. Tak się jednak nie stało. Zanim weszliśmy na peron, zostaliśmy zaczepieni przez wkurzonego gościa z wielką torbą, czy przypadkiem nie jedziemy w kierunku Przemyśla. Odparliśmy zgodnie z prawdą, że nie i już mieliśmy mu życzyć miłej podróży, gdy ten wypalił: „To dobrze, bo pociąg jest spóźniony prawie 4 godziny”.

Zrobiliśmy smutną minę do tej sytuacji, po cichu ciesząc się, że to nie o nasz pociąg chodzi. Szczęście nie trwało długo, bo chwilę później obudził się zawiadowca i oznajmił komunikat, że nasz „Przemyślanin” również jest spóźniony około 30 minut i w imieniu PKP Intercity serdecznie nas przeprasza.

Cóż było robić? Tylko czekać. I tak pośród peronowych ciemności nagle wjechał „spóźnialski” Przemyślanin, o wiele wcześniej, niż zapowiadał to zawiadowca. Ucieszeni tym faktem szybko zapakowaliśmy się do środka z nadzieją, że odrobimy straty czasowe i w Poznaniu nie będzie trzeba kombinować. Oczywiście nocna rzeźnia z definicji okazała się rzeźnią, tzn. frekwencja grubo przekraczała 100% zapełnienia każdego z wagonów. My po krótkiej chwili postanowiliśmy ulokować się bliżej WARS-u i tak, na stojąco, pojechaliśmy w kierunku Wielkopolski.

Sama podróż nie była jakoś specjalnie męcząca, bardziej denerwowały osoby chodzące do baru i z powrotem. Niektórych bywalców kojarzyliśmy już, gdyż zawsze chodzili po to samo – po browarek. Zainteresowani widokiem piwa również wyraziliśmy chęć wypicia tego trunku, ale po usłyszeniu ceny za butelkę 0,5 l Okocimia (13 zł) doszliśmy do wniosku, że jednak w trzeźwości postoimy dalszą drogę do Poznania.

Im bliżej było godziny 5 rano, tym większy niepokój narastał w związku ze spóźnieniem naszego składu. Nieoczekiwanie przez głośniki konduktor poinformował, że podróżni, którzy będą w Poznaniu jechać w kierunku Gdańska, będą mieli zapewnioną przesiadkę, bo pociąg będzie na nas czekać. Ucieszeni takim obrotem sprawy kontynuowaliśmy podróż na stojąco, ale ze zdecydowanie mniejszym ciężarem moralnym niż jeszcze niedawno.

Wyścig ślimaków, czyli luksusy obok kibelka

Poznań został zdobyty dokładnie o godzinie 05:38, czyli „na styk” z godziną odjazdu pociągu, na który mieliśmy się przesiadać. Oczywiście, nie ociągając się zbytnio, ruszyliśmy dwa perony dalej w celu zapakowania się do IC 7500 „Bałtyk”.

Jakie było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że mający na nas czekać pociąg sobie odjechał... Będąc jeszcze trochę w szoku (nie minęło nawet 10 minut), zauważyliśmy podjeżdżający spóźniony TLK „Rozewie”. Pociąg ten kursuje m.in. do Gdańska, z tym że w Poznaniu powinien się zameldować dokładnie o godzinie 2:48, a była... 5:48. Ucieszeni, jak główni męscy bohaterowie w Seksmisji, gdy ujrzeli prawdziwy świat, załadowaliśmy się z innymi podróżnymi do środka i zajęliśmy luksusowe miejsca stojące w klasie 2, oczywiście obok WC.

Na szczęście długo tak nie staliśmy, bo w Bydgoszczy zluzowało się na tyle, że udało się zająć trochę kanapy w przedziale. I tak sobie jedziemy spóźnionym o 180 minut pociągiem, konduktor chodzi po przedziałach i zamiast kasować bilety, rozdaje darmowe butelki z wodą. W pewnym momencie na jednym z dworców pod Gdańskiem (chyba Tczew) zauważyliśmy naszego uciekiniera z Poznania – „Bałtyk” stał karnie na drugim peronie, podczas gdy my odjeżdżaliśmy do miejsca docelowego. W końcowym etapie podróży, sprawdzając bieżące opóźnienia pociągów w internecie, zobaczyliśmy, że „Bałtyk” jest opóźniony 40 minut w stosunku do naszego składu. Wyścig „kto wolniejszy” trwał nadal.

Brzeźno, „Opera Bałtycka” i włoskie pierdolamento

Ostatecznie w Gdańsku meldujemy się około 9:45 rano, czyli niewiele później, niż zakładał planowany rozkład. Nie było wcale tak źle, jak mogło się wydawać jeszcze kilka godzin wcześniej.

Plan w tym mieście był prosty: najpierw Brzeźno, później starówka. Zatem kupując bileciki ZTM w ilości sztuk czterech, udajemy się na konkretny peron, skąd Linia nr 3 kursuje w kierunku Brzeźna. Jedziemy tam po raz pierwszy, podobnie jak w 2008 roku po raz pierwszy, „na czuja”, jechaliśmy do Jelitkowa. I o ile ledwo z tunelu wyszliśmy, to tramwaj zdążył wesoło zadzwonić i odjechać. Na szczęście komunikacja w Gdańsku to nie KZK GOP, gdzie trzeba czekać na kolejny środek transportu pół dnia, i oto za 20 minut podstawił się kolejny tramwaj w kierunku morza.

Samej podróży opisywać nie trzeba, warto jedynie wspomnieć o interesującym przystanku, który nazywał się „Opera Bałtycka” i, jak nazwa wskazuje, ulokowany był tuż obok gmachu Opery. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jego zapowiedź automat odgrywał śpiewająco, niczym arię operową! Tego się nikt z nas nie spodziewał, pomysł świetny i ta zapowiedź odcisnęła spore piętno na naszej psychice. Kolega Cyc podchwycił melodyjność i nawet nie jadąc tramwajem, zdarzało mu się niespodziewanie odgrywać ów sympatyczny komunikat. Z czasem stało się to nie do zniesienia.

Brzeźno, jak na dzielnicę Gdańska, okazuje się dość spokojne. Może nie tak jak Jelitkowo, ale z przystanku do plaży było jakieś 300 m, a tuż obok rozciągał się sympatyczny park, więc nasze wrażenia odnośnie tego nowego miejsca były jak najbardziej pozytywne. Dodatkowym walorem widokowym, w postaci blisko przepływających statków towarowych i promów pasażerskich, uraczyła nas plaża. Mimo dość fajnej, ciepłej i słonecznej pogody oraz braku zimnej bryzy, czas na plaży należy zaliczyć do udanych. Jedynie grupka jakichś zdesperowanych Włochów leżących na kocyku kilkanaście metrów za nami lekko przeszkadzała swoim gadulstwem, bo zamiast szumu morza i dźwięku przelatujących mew, słychać było stale włoskie pierdolamento.

Czas nad wodą szybko mija. Po krótkim relaksie zapada decyzja o desancie w stronę Centrum. Wracamy tą samą linią, a następnie z Dworca Głównego udajemy się piechotką w stronę Starego Miasta.

Burza na Jarmarku i romantyczny śledzik pod chmurką

Centrum Gdańska to oczywiście Stare Miasto, zatłoczone tak, że porównując je z przeludnionym Krakowem, ten drugi wypada jak wyludniona prowincja. Być może jedną z przyczyn był trwający tam Jarmark Dominikański, gdzie można nabyć dosłownie wszystko...

Spacerujemy sobie w normalnym tempie, kręcąc kolejne ujęcia do objazdówkowego klipu, jednocześnie kątem oka szukając przystępnego cenowo lokalu z jedzeniem. Obeszliśmy chyba wszystkie uliczki w ścisłym centrum i w wielu miejscach podobne ceny: schabowy 38 zł, piwko lane 15 zł, sałatka grecka 27 zł... Nie to, że któregoś z nas nie było stać, ale... jakoś tak nie pasowało nam wydawać tyle peelenów. Koniec końców wylądowaliśmy w randomowej knajpie ze względu na postępujące w szybkim tempie pogorszenie pogody.

Wybór menu był dość ciężki, ale skusiliśmy się w końcu na te sałatki, obserwując rozwój wydarzeń z ogródka restauracyjnego. Z chwilą, gdy zaczęły padać pierwsze krople deszczu, turystyczna szarańcza wciąż twardo spacerowała w te i we wte. Ale jak huknęło deszczem jak na wiwat, to ludziska momentalnie się rozpierzchli i poznikali gdzieś z zasięgu wzroku. Pozytyw tej ulewy był taki, że oto można było zobaczyć opustoszałą główną arterię Starego Miasta. Z negatywów – przeciekające parasole w ogródku, zacinający deszcz oraz gwałtowny spadek temperatury z około 28 do 15 stopni. Przeczekując nawałnicę, zmodyfikowaliśmy nieznacznie plan naszej objazdówki, wykreślając wizytę w Elblągu, do którego mieliśmy się udać tuż po godzinie 16.

Nawałnica ustała, zatem ruszyliśmy w kierunku dworca, aby zaopatrzyć się w prowiant i napoje, a następnie wyskoczyć do Brzeźna po raz drugi. Tym razem zamysł był typowo eksploracyjny – pospacerować, pozwiedzać i odfajkować ten punkt na mapie definitywnie. Zbliżała się 18:30, gdy zdesantowaliśmy się na miejscu. Zamiast spodziewanych tłumów młodzieży i pijaczków szturmujących plażę, zastaliśmy widok zgoła inny: rodzinki, młodsi, starsi, biegacze itd., ale bez żadnej ciżby. Kolejny pozytyw dla tego miejsca.

W parku rozstawiono mini-scenę, jakaś kapela grała coś w stylu blues/jazz, gromadząc o dziwo liczne grono słuchaczy. My również chwilę przysłuchaliśmy się tym rytmom, spożywając kulturalnie gazowany napój procentowy. Muzyka idealna do powolnej kontemplacji. Do odjazdu pociągu pozostało nam jeszcze trochę czasu, zatem przed opuszczeniem plaży należało coś przekąsić. Standardem objazdówkowym są kolacje pod chmurką, zatem bez śledzika się nie obyło. Można powiedzieć, że była to romantyczna kolacja o zachodzie słońca dwóch facetów, których połączył wspólny udział w objazdówce. Żadnych podtekstów proszę z tego nie wyciągać.

Upiorna rudera i nocna zguba przestrzeni

Remontowany dworzec Gdańsk Główny o godzinie 21:40 przypominał upiorną ruderę. Wszędzie różne zapachy (niekoniecznie przyjazne dla nosa), pozastawiane wejścia i klimat jak z jakiejś zapadłej dziury. Stawiamy się kilkanaście minut przed odjazdem TLK „Rozewie” i czekamy. Dzień wcześniej ten składzik w drugą stronę zanotował 180 minut pod kreską, liczymy, że tym razem będzie punktualny albo przynajmniej nie spóźni się aż tyle. Co prawda następna przesiadka dopiero o godzinie 05:52 i to w oszałamiającym czasie operacyjnym (5 minut), ale po co się stresować przed snem?

Oczywiście o godzinie 21:57, gdy powinniśmy już siedzieć w wagonie, a kierpoć* powinien odgwizdywać odjazd na peronie, pojawia się informacja, że „Rozewie” spóźni się 15 minut. Spoko, tradycji staje się zadość. Facet obok nas, który w 15 minut wytrąbił już dwa browary, po tym komunikacie bez słowa otworzył trzecią puszkę. Gromadzący się na peronie ludzie zaczęli nerwowo przechadzać się w kółko, dzięki czemu zobaczyliśmy, że jednak tłumek jest spory, tylko w kiepskim oświetleniu większość była pochowana po mrocznych zakamarkach.

Punktualnie po 15 minutach (aby raz była jakaś punktualność!) podstawia się nasz pociąg. Ludzie zaczynają wariować: jedni latają jak wściekłe osy po peronie z walizami i szukają wagonu, inni ładują się do środka, a potem przez pół drogi będą przeciskać się korytarzami z jednego końca składu na drugi. My, ponieważ nie pobraliśmy wcześniej miejscówek, musimy najpierw obserwować napełnianie się przedziałów, a dopiero jak ludziska rozłożą się na swoich miejscach – przypuścimy atak.

Stację dalej, gdy sytuacja wewnątrz wagonów się uspokoiła, podczas obchodu przyuważyłem pusty przedział. Szybki znak do Cyca i ten z naszymi plecakami zjawia się na miejscu szybciej, niż niejedna grupa szybkiego reagowania. Jest około 22:45, a my zajmujemy puściutki przedział. Co prawda wisi nad nami groźba, że w trasie może się ktoś dosiąść, ale korzystamy z wolnego miejsca na maksa.

Przeglądamy materiał filmowo-zdjęciowy, popijając kulturalnie browarka, gdy nieoczekiwanie otwierają się drzwi przedziału. Już myślimy, że oto jakiś zbłąkany pasażer skoczy do nas, ale na szczęście był to konduktor, który w końcu skasował nam bilety (była to pierwsza kontrola od wyjazdu z Zabrza!). Na koniec grzecznie tylko wspomniał, żebyśmy uważali na to piwo, bo u SOKistów trochę pieniędzy to kosztuje. Kolega Cyc rzucił: „Wie pan, my po ciężkim dniu teraz mamy skromny relaksik”, na co facet odparł, że i on by się chętnie z nami zrelaksował, ale jest na służbie i musi iść dalej. W razie czego mieliśmy dla niego jedno piwo w pogotowiu.

W każdym razie chwilę później udajemy się spać i co ciekawe, budzimy się dopiero przed Wrocławiem w okolicach godziny 5:30. No właśnie. Coś tu zaczynało nie grać. Poranek piękny, słoneczny, rześki. My wyspani nawet nieźle, nikogo oprócz nas w przedziale, rzeczy nie zginęły i byłoby wszystko w porządku, tylko nie zgadzał się czas i miejsce.

Okazało się, że w nocy „Rozewie” zaliczyło wpadkę i nałapało kilkadziesiąt minut opóźnienia, toteż we Wrocławiu będziemy o 06:20, czyli grubo po odjeździe składu do Wałbrzycha. Zebraliśmy się niczym sztab kryzysowy. Co prawda pociąg ten jedzie również przez Wałbrzych, ale Główny, a my potrzebujemy wysiąść w Szczawienku (dzielnicy odległej od centrum). Niby rano jakieś busy kursują, ale to niedziela, pociągiem bylibyśmy po 8:00, potem ten bus... Szkoda czasu. Dochodzimy do wniosku, że wysiadamy we Wrocławiu i stamtąd o 6:52 łapiemy pociąg KD do Szklarskiej Poręby przez Wałbrzych Szczawienko. Planowo mamy tam być o 8 rano, więc wydawało się to lepszą opcją.

Nowoczesność Kolei Dolnośląskich i biletowe dylematy

We Wrocławiu po zaopatrzeniu się w kofeinę w burgerowej sieciówce udajemy się na peron, gdzie czeka już ładny, klimatyzowany skład KD. O ile z zewnątrz pociąg prezentuje się stylowo i nowocześnie, o tyle w środku miejsca jest dość mało. Z moim wzrostem jakoś się zmieściłem (choć było ciasno), ale kolega większy ode mnie o 10 cm miał spory problem. Na plus należy zaliczyć mały stoliczek na kawę, gniazdka 230V i gniazda USB! Full wypas. Do tego wyświetlacze z mapką i prędkością pociągu (momentami ponad 130 km/h). Naprawdę miło, jak na nasz krajowy skansen kolejowy.

W trakcie podróży oczywiście były sprawdzane bilety. Panie konduktorki zrobiły oczy jak Żaba Kermit i zasiały ziarno niepewności. Otóż stwierdziły (jedna sprawdzała, po chwili zawołała drugą), że nasz bilet nie obowiązuje w pociągach Kolei Dolnośląskich, bo jest... zbyt tani***! Nie chciałem się kłócić, więc na pewniaka odparłem, że chyba są w błędzie. Na argument, że to powinno być napisane na bilecie, sprawdziłem – nie było. Poker face. Zaproponowałem, że sprawdzę w internecie. Na szczęście wszystko skończyło się pozytywnie, pieczątka na bilecie się pojawiła, choć minus należy się za nieznajomość własnych taryf.

Kobitki poszły sprawdzać dalej. Daleko nie miały. Za nami siedział gość, który podał bilet okresowy z terminem zakończonym kilka dni temu. Konduktorka zaproponowała zakup nowego bez żadnych kar, ale facet odparł, że nie ma gotówki. Kobieta była przygotowana – podsunęła mu terminal płatniczy. I już miał być happy end, ale okazało się, że gość jest spłukany i nie ma kasy na karcie. Tu zmieniła się narracja: „Proszę opuścić pociąg na najbliższej stacji”. Facet próbował negocjować, potem groził, że nie wysiądzie i mogą go siłą wyciągać. Gdy usłyszał wyliczankę kar (500 zł za wezwanie policji, opłata za unieruchomienie pociągu, brak biletu), wymiękł i wysiadł z własnej woli klnąc pod nosem. W międzyczasie nasz pociąg zaliczył opóźnienie i na stacji docelowej zjawiliśmy się z 20-minutowym poślizgiem.

Zamek Książ z maczetą i powrót w chlewie

W Wałbrzychu śliczna, słoneczna pogoda i upał. Ruszamy od razu w kierunku ruin Zamku Książ. Droga, według informacji z internetu, nie powinna nam zająć dłużej niż godzinę. Spacerowym tempem mijamy Palmiarnię, namierzamy zielony szlak i po chwili ładujemy się w krzaki niczym młode dziki. Szlak wiódł ścieżką z pokrzywami po pas. Brakowało tylko maczety. Gdy wbiliśmy w las, ścieżka stała się „normalna”, poza dwiema drobnymi przeszkodami w postaci zwalonych drzew. Czego jednak nie robi się dla idei objazdówkowej – idziemy dalej!

Ruiny odnaleźliśmy niedaleko, skrzętnie „ukryte” za drzewami. W blasku porannego słońca były bardzo malownicze. Zaczynamy zwiedzanie i rejestrujemy materiał wideo. Widoki są kapitalne. My również konsumujemy śniadanie, tzw. „Pierwszą Wieczerzę” w postaci wyschniętej bagietki made in Biedra oraz pasztetu, zapijając wodą niegazowaną marki „Oaza”. Pamiątkowe fotki, obowiązkowy status na fejsiku i trzeba wracać. Planujemy ewakuację pociągiem 11:40, by zdążyć z przesiadką.

Powrotna droga mija sprawnie. Na dworcu, w ramach poszukiwania toalety, trafiamy do złego pomieszczenia i zamiast pisuarów zastajemy kanciapę zawiadowcy stacyjnego. Gość się nieźle wystraszył. Niestety nie miał dobrych wieści – oznajmił przez szczekaczkę, że nasz skład spóźni się około 30 minut. Po chwili komunikat o kolejnych 20 minutach. W końcu, z 50-minutowym opóźnieniem, klimatyzowany pociąg KD wjeżdża na peron, a my z tłumem pakujemy się do środka.

Miejsc siedzących brak. Kierowniczka pociągu obiecała nam załatwić, by dyspozytor we Wrocławiu wstrzymał nasz pociąg przesiadkowy, po czym zniknęła. Pojawiła się przed odjazdem, rzucając zdawkowe: „powinien czekać, ale nie dzwoniłam”. Zgodnie z przewidywaniami, na miejscu przesiadka na nas nie czekała. Słusznie czuliśmy się oszukani. Na szczęście za około godzinę mieliśmy kolejny pociąg w kierunku Zabrza.

Czekamy na peronie, tłum rośnie. Podstawiane są zaledwie 3 wagony, co wywołuje konsternację (ludzi było na co najmniej 5). Ledwo pociąg się zatrzymał, rozpoczął się szturm. Nawet liczni Ukraińcy kręcili z niedowierzaniem głowami, rzucając charakterystyczne „suka, bl*ć”. Skoro nawet oni marudzą w Polsce na transport, to musi być źle!

Tradycyjnie zapchane przedziały, obstawione korytarze i miejsca przy kiblach. Nasze stojące miejsca również wypadły przy WC. Ubikacja była zamknięta na klucz (chyba wszystkie w składzie były). Zamknięte drzwi nas nie zraziły – sprawnym ruchem otwarliśmy zamek niczym zawodowcy. Nasz wyczyn, zdradzony zgaszoną lampką „WC” na korytarzu, szybko zwabił delegacje pasażerów, z których część wchodziła tylko na dymka. Po dwóch takich sytuacjach wkurzyłem się i zamknąłem kibel na klucz. Z zamkniętą ubikacją dojechaliśmy do Zabrza i przed wyjściem, „za karę”, już jej nie otwarliśmy. Niech jadą w tym chlewie dalej.

W Zabrzu wylądowaliśmy mocno zdziwieni, bo nasz pociąg przyjechał... bez opóźnienia! To jedyny punktualny skład podczas tego weekendu. Objazdówka dobiegła końca, a my zmęczeni udaliśmy się do domów.

Mały Słowniczek Objazdówkowy:

* kierpoć – kolokwialnie Kierownik Pociągu. Facet z gwizdkiem, który daje znak do odjazdu, a potem przez radyjko rzuca maszyniście zaklęcie, by ten ruszał.

** KD – Koleje Dolnośląskie. *** Posiadaliśmy bilet „Razem w Polskę” (wersja standard za 109 zł), który obowiązuje m.in. w KD. Droższa wersja umożliwia jazdę Pendolino i Ekspresami – to tylko dla burżujów.

Komentarze

Brak komentarzy.

Dodaj komentarz