KategoriaObjazdówki

Objazdówka 2021

Miniaturka wpisu: Objazdówka 2021

W dniach 30 lipca – 1 sierpnia, wróciliśmy na kolejowy szlak. Była to już 11. objazdówka, których historia sięga aż 2007 roku.

Tym razem pojechaliśmy w trzy osoby: moja skromna persona (btn) w roli kierownika i organizatora, Mateusz G. (Muflon) oraz debiutantka – Adrianna J. (Ada). Z uwagi na czasy, w jakich żyjemy (obostrzenia), z planu wypadł wariant międzynarodowy i skupiliśmy się na miejscach zlokalizowanych w granicach kraju.

Rozpoczynamy tegoroczną przygodę 30 lipca o godzinie 21:00 na zabrzańskim dworcu. O tej porze słońce było już za horyzontem, w okolicy kręcili się tylko taryfiarze, a na samym peronie stała garstka ludzi. Sielankę przerwała o godz. 21:10 (czyli tuż przed przyjazdem) zapowiedź IC Kossak, który już na samym początku był opóźniony o kilkanaście minut. Zanim więc wycieczka weszła do pociągu, zostało zasiane ziarno niepewności – czy aby na pewno zdążymy na przesiadkę we Wrocławiu o 23:44? Spóźnialski Kossak w końcu przyjechał i żwawo ruszył w kierunku Breslau.

Mimo posiadanych miejscówek, które były porozrzucane po całym wagonie, postanawiamy ulokować się w przedziale rowerowym, skąd mieliśmy dobry widok na całą „bezprzedziałówkę”. Pozwoliło to strategicznie rozplanować zajęcie innych wolnych miejsc w tzw. kupie. Podróż odbyła się bez incydentów i jak na początek przygody było bardzo miło.

TLK Jamno i awantura o ogrzewanie

We Wrocławiu zjawiamy się nawet przed czasem odjazdu kolejnego składu o ładnej nazwie – TLK Jamno (relacji Wrocław Główny – Ustka). Niestety, gdy tylko skład został podstawiony, rozpętało się dobrze nam znane pekapowskie piekiełko, czyli dzikie rajdy turystów z wielkimi torbami wzdłuż i wszerz peronu, upychanie się w przedziałach i generalnie wielki harmider. Przypadło nam zaszczytne miejsce obok WC w wagonie przedziałowym. Pogodzeni ze swym losem oczekujemy na planowy odjazd z wrocławskiego dworca.

W międzyczasie jesteśmy świadkami interwencji jednego z podróżnych, który przyprowadził konduktorkę przed szafę z bezpiecznikami (ulokowaną oczywiście obok kibla) i nakazał ją otworzyć. Kobieta otworzyła szafę, a gość sprawnym ruchem wskazał przełącznik, który miała wyłączyć. Okazało się, że facet słusznie zauważył, iż w wagonie włączone było... ogrzewanie. Jako że, jak stwierdził, to nie pierwszy taki przypadek na jego trasach, natychmiast zareagował. Ogrzewanie zostało wyłączone. Konduktorka już chciała uciec, ale facet jeszcze nie skończył.

Tym razem zażądał formalnego wpisu do biletu o zaistniałym incydencie, a na koniec kazał obsłudze poroznosić darmową wodę dla wszystkich pasażerów w wagonie jako rekompensatę. Konduktorzy niczym kelnerzy poszli roznosić butelki, a my zastanawialiśmy się, czy gość jest jakimś VIP-em, czy po prostu wyznaje zasadę „płacę i żądam”. W sumie to miał rację.

Zamieszanie to spowodowało kilkunastominutowe opóźnienie. Gdy myśleliśmy, że w końcu ruszymy, dotarły do nas kolejne ciekawe wiadomości: zostanie podstawiony dodatkowy wagon, ponieważ niektórzy pasażerowie nie zmieścili się do składu. Zatem czekamy. Zajmujemy strategiczne miejsce na peronie, kilka metrów od ostatniego wagonu i, podobnie jak kilkanaście innych osób, wypatrujemy naszego ratunku. Minuty mijają, wagonu nie ma, ludziska się niecierpliwią. Opóźnienie wzrosło już do 70 minut, gdy nieoczekiwanie – niczym rozpędzony dzik – wjechała lokomotywa manewrowa z wytęsknionym wagonem zdeklasowanym z 1. do 2. klasy.

Czym charakteryzują się tzw. „zdeklasowane jedynki”? Ano tym, że dawniej spełniały standardy klasy pierwszej, co oznacza: regulowane, wygodne fotele i tylko 6 miejsc w przedziale. W takich oto komfortowych warunkach, z pewną parką rowerzystów, po 1:00 w nocy wyruszamy z Wrocławia w kierunku Ustki. Noc minęła już bez żadnych ekscesów i w Ustce meldujemy się z godzinnym opóźnieniem, czyli około 7:00 rano.

Ustka: Nowe oblicze, Pan Pogodynek i Tężnia

Pierwszy szok, jakiego doznajemy, to sam dworzec i okolica. Ze straszącej niegdyś ruderki nie zostało nic. Cała okolica przeszła wizerunkową rewolucję. Mając w pamięci nasze pobyty z 2012 i 2014 r., stwierdziliśmy zgodnie, że zmiany wyszły na ogromny plus.

Ruszyliśmy w kierunku deptaka oraz portu. Opustoszałe ulice przypominały raczej wymarłe miasteczko z Dzikiego Zachodu niż nadmorski kurort, ale spacer o tej porze zdecydowanie wygrywa z przepychaniem się przez gęsty tłum. Kolega Muflon nie omieszkał „obmacać” pomnika syrenki przy porcie, a po nieodwzajemnionych czułościach ruszyliśmy na plażę.

Na plaży czekała nas ciekawa sytuacja. Przed naszym malutkim kocykiem, w odległości około 4 metrów w linii prostej, zaczęła rozkładać się ekipa techniczna TVN. Chwilę później pojawił się sam Pan Pogodynek we własnej osobie – Tomasz Zubilewicz. Pech chciał, że gdy ekipa się rozkładała, my zaczęliśmy się zwijać, bo spadły pierwsze krople deszczu. Chwilę później huknęło ulewą jak na wiwat. My byliśmy już w bezpiecznym, zadaszonym miejscu, a Pan Pogodynek z ekipą zapewne mocno zmókł. Dziwne, że profesjonalista nie przewidział tego deszczu...

Ulewa utrzymała się przez około pół godziny. Potem, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, chmury zniknęły i zrobiło się pięknie. Wymarłe miasteczko błyskawicznie zapełniło się turystyczną szarańczą, a my ruszyliśmy eksplorować lokalną atrakcję – „Bunkry Blüchera”. Czas miło spędzony, pieniążki wydane. Przed odjazdem w kierunku Gdyni uzupełniliśmy zapotrzebowanie żywnościowe. W drodze na dworzec napotkaliśmy jeszcze dziwną budowlę, z której ewidentnie się dymiło. Zajrzeliśmy do środka. Okazało się, że to mini-tężnia z seansami zapachowymi. W małym pomieszczeniu (3x3 m) siedziało skupisko zadowolonych emerytów wdychających dym z jakiegoś urządzenia. Profilaktycznie woleliśmy nie wchodzić w opary i udaliśmy się na pociąg.

Pociąg IC Gwarek okazał się oczywiście opóźniony, toteż awaryjnie musieliśmy nabyć bilety na Polregio. Tym alternatywnym przewoźnikiem wylądowaliśmy punktualnie o 13:30 w Słupsku. Miasto to było tylko punktem przesiadkowym, ale z racji wolnej godziny ruszyliśmy w teren. Ogólne wrażenie ładnego miasta psuły nieco puste witryny (na deptaku) oraz śpiący na ławkach menele, ale wciąż wyglądało to lepiej niż na Śląsku.

Gdynia: Jezusowy hip-hop i limitowany wagonik

W Gdyni meldujemy się o 15:52 wraz z kibicami lokalnej drużyny, którzy głośno informowali cały peron, komu kibicują. Ruszamy od razu w kierunku portu. Mieliśmy nadzieję zahaczyć o sklep ze słynną nazwą „Delikatesy Melanż”, ale obiekt ten nie przetrwał do tegorocznej objazdówki.

W porcie oczywiście bardzo gwarno. Po jednej stronie trwał festiwal pieśni religijnych (trafiliśmy na solidny, jezusowy hip-hop), trochę dalej rozstawił się lunapark, a przy nabrzeżu sztandarowo cumowały ORP Błyskawica i Dar Pomorza. Po krótkim obchodzie udajemy się do knajpy (gastrofaza włączyła się dość intensywnie). Ceny znośne – nie trzeba było robić zdjęć paragonom i tagować ich frazą „paragony grozy”. Po smacznym posiłku ruszyliśmy nabrzeżem jachtowym w stronę Kamiennej Góry.

Miejsce dla nas nowe i wcześniej nieznane. Na szczyt prowadziło kilkadziesiąt schodów, a nad nimi zamontowana była kolejka terenowa. Widok z góry świetny – piękna panorama nabrzeża i części miasta. W dodatku zadbana infrastruktura parkowa nadaje temu miejscu wysoki poziom wizualny.

Wycieczka postanowiła oszczędzać nogi i zamiast schodów wybraliśmy zjazd kolejką. Gdy wagonik podjechał, ujrzeliśmy w środku ochroniarza. Poinformował nas, że oprócz niego mogą tu wejść tylko dwie osoby (choć miejsc siedzących było aż 7!). Nasza propozycja, by ochroniarz wysiadł, a my zajęli jego miejsce, nie przeszła, toteż weszliśmy do środka we trójkę... udając rodzinę z dzieckiem. Wtedy limit nie obowiązywał! Podczas krótkiej jazdy dowiedzieliśmy się, że to odgórne, „covidowe” przepisy, a ochroniarz miał już nieprzyjemności, gdy przez kamery zauważono, że wpuścił więcej osób.

Powrót: Czarni gapowicze i postapokaliptyczny Wałbrzych

Minęła 19:00, my kończymy zaliczanie ostatniej atrakcji. Do odjazdu niecałe 3 godziny. Spacerujemy głównymi arteriami Gdyni w poszukiwaniu „sklepu z owadem”. Uzupełniamy zapasy i wracamy na dworzec. Tłum gęstnieje. Przed przyjazdem TLK Rozewie kolega Muflon dyskretnie ściągnął buty, co błyskawicznie sprawiło, że mieliśmy szeroką dworcową ławkę tylko dla siebie.

Widzimy, jak na sąsiedni peron wjeżdża łącznik do TLK Rozewie z... czeskimi wagonami z demobilu. 20 minut później wjeżdża nasz właściwy skład, do którego podczepiają „czeski łącznik”, i tak uzbrojony pociąg (z 11 wagonami na haku) czeka na odjazd. Zmęczeni spacerowaniem, lokujemy się w naszym klimatyzowanym, bezprzedziałowym wagonie drugiej klasy. Reszta pechowców upycha się w czeskich puszkach z demobilu.

Ruszamy punktualnie (21:52), ale pół godziny później podczas kontroli biletów wybucha mała afera. Ciemnoskóry pasażer poinformował konduktorkę (płynną angielszczyzną), że nie ma biletu, ponieważ pomylił pociągi, i wysiądzie na najbliższej stacji. Konduktorka była ewidentnie z gatunku „gestapowców”, a do tego nie mówiła po angielsku. Zaczęła gorączkowo szukać tłumacza wśród pasażerów. Gdy tylko zrozumiała, o co chodzi, zaczęła krzyczeć po polsku na obcokrajowca, że „powinien mieć bilet, nawet jak się pomylił” (logika 100%). Następnie rzuciła do dwóch towarzyszących jej ochroniarzy: „Pilnujcie go!” i poszła dalej. Ochroniarze ruszyli za konduktorką, a nasz gapowicz zgrabnie zawinął się w drugą stronę. Dalsza podróż minęła nam na regeneracyjnym śnie.

W niedzielę o 5:40 rano meldujemy się we Wrocławiu. Zgodnie z miejscówkami musimy opuścić nasz wygodny wagon i przesiąść się do nieszczęsnych „czeskich złomów”, ponieważ nasza część składu odłącza się i jedzie do Wałbrzycha. W środku wagony z demobilu okazały się nie takie straszne, ale o klimatyzacji nie było mowy. Kanapy mocno wysiedziane (bez regulacji), a szum trakcji zagłuszał myśli.

Z lekkim opóźnieniem (około 7:00 rano) wysiadamy na stacji Wałbrzych Miasto. Przed nami 2 km spaceru do przystanku, skąd odjedziemy linią nr 51 do Zagórza Śląskiego. Idziemy wzdłuż drogi krajowej 35. Miasto wygląda, jakby wczoraj przetoczył się tu front. Ledwo trzymające się kupy kamienice, meliny, opuszczone pustostany i straszący swym rozmiarem hotel Sudety sprawiają przygnębiające wrażenie. Brakowało tylko zombie szwendających się po ulicach, bo żywego człowieka nie uświadczyliśmy.

Zamek Grodno i ewakuacja w strugach deszczu

Do przystanku docieramy na 25 minut przed planowanym odjazdem. Jemy śniadanie na ławce, wsiadamy do autobusu nr 51 i zaczyna się dramat – gdy tylko szofer zamyka drzwi, z nieba zaczyna lać. Przez 40 minut drogi pogoda nas nie oszczędza. Wysiadamy w Jugowicach w lekkim deszczu. Przed nami 2,5 km marszu do niebieskiego szlaku. Ponieważ nie ma sensu czekać ani wracać, idziemy przed siebie. Po 30 minutach wkraczamy na szlak i pokonujemy strome podejście (ok. 1 km) przez las na zamek Grodno. Bramy otwarte. Cel osiągnięty!

Jesteśmy absolutnie pierwszymi turystami. Deszcz pada nieprzerwanie, prognozy są bezlitosne – słońce ma wyjść dopiero o 17:00. Idziemy do karczmy na dziedzińcu. Łyk sznapsa na rozgrzewkę, szybka narada i idziemy zwiedzać. Bilety po 24 zł (dość drogo), a wstęp na wieżę niestety zamknięty.

Eksploracja zamku zajęła nam około godziny. Mieliśmy w planach pobliską zaporę wodną oraz przystań nad jeziorem, ale ulewa brutalnie weryfikuje nasze plany. Wracamy do karczmy. Ożarliśmy się smacznym i tanim obiadem, opiliśmy kawą oraz regionalnym piwem i grzaliśmy się w środku. Gdy tylko pojawiło się „okienko bezdeszczowe”, zarządziliśmy pieszą ewakuację do Jugowic. Droga w lekkiej mżawce mija szybko i około 15:00 meldujemy się na znajomym, zadaszonym przystanku.

Spędziliśmy tam 2,5 godziny, czekając na powrotny autobus. Zbliżająca się 17:25 wywołuje lekki stres – autobusu nie widać, a to ostatni kurs tego dnia. Wizja przymusowego noclegu we wsi staje się realna, lecz z 5-minutowym opóźnieniem ratunek jednak nadjeżdża. W drodze powrotnej przestaje padać, a temperatura osiąga „oszałamiające” 14 stopni. Cóż, góry rządzą się swoimi prawami.

Wysiadamy i udajemy się na nowocześnie usytuowany dworzec Wałbrzych Centrum. Pociąg Kolei Dolnośląskich łapie 15 minut opóźnienia, co oznacza utratę przesiadki na IC Chełmoński we Wrocławiu. Szybko jednak okazuje się, że Chełmoński spóźnia się o całe 90 minut, więc i tak nie pojechalibyśmy zgodnie z planem. We Wrocławiu wsiadamy w opóźnionego IC Gwarek (odjazd 20:42) i docieramy do Zabrza o 23:00. Oczywiście w strugach ulewnego deszczu, który spiął ten dzień idealną, mokrą klamrą.

Podsumowanie

Nasza trasa: Zabrze – Ustka – Gdynia – Słupsk – Wałbrzych/Zagórze Śląskie – Zabrze. Pokonaliśmy ponad 1600 km. Debiutantka Ada dała radę wzorowo, kolega Muflon nauczył się już nie ściągać butów przy ludziach, a wrażenia – mimo obrzydliwej pogody na Dolnym Śląsku – pozostały fantastyczne.

Jedenasta objazdówka przeszła do historii. Czekamy z niecierpliwością, co przyniesie kolejny rok!

Komentarze

Brak komentarzy.

Dodaj komentarz