Niestety jesteśmy już po objazdówce Wrocław – Gdańsk – Malbork – Zakopane – Kraków, więc pora na skrótową relację,
co i jak.
Początek wyprawy i wrocławski survival
Wyruszyliśmy w piątek, 18 lipca o godzinie 18:22 z Zabrza niemal pustym pociągiem pospiesznym relacji Katowice – Świnoujście. Wagon pierwszej klasy, którym podróżowaliśmy, był wyłącznie do naszej dyspozycji. Na kolejnych stacjach bliżej Wrocławia dosiadały się tylko pojedyncze osoby. Podróż nie była niczym podniecającym, bo trasa była nam już znana i oklepana przy okazji wcześniejszych wyjazdów.
Równo o godzinie 21:18 zameldowaliśmy się na wrocławskim dworcu. Przywitały nas ogromne tłumy szturmujące nasz pociąg. Dobrze, że wysiedliśmy, bo podróż z taką rzeszą ludzisków zapowiadałaby się jak na początek wycieczki dość ekstremalnie.
We Wrocławiu mieliśmy niecałe 4 godziny do następnego pociągu, toteż udaliśmy się do pobliskiej Galerii Dominikańskiej celem uzupełnienia prowiantu. Celowo nie braliśmy zbyt wiele jedzenia, aby niepotrzebnie go ze sobą nie wozić. Piątkowa kolacja sponsorowana była przez rolmopsy oraz bułki z serem i wędliną. Całość po godzinie 22:00 konsumowaliśmy w parku nieopodal rzeki. Najedzeni wróciliśmy na dworzec celem zajęcia dogodnego miejsca na peronie w oczekiwaniu na pociąg do Gdańska.
Na samym peronie lekkie zaskoczenie – miliard turystów i dwa miliardy toreb, bagaży, reklamówek oraz innych elementów typowo podróżniczych. Mimo wszystko humory nam dopisywały: „Wszyscy się rzucą na drugą klasę, zobaczycie”. Kilkanaście minut przed godziną odjazdu podstawił się pospieszny „Rozewie”. Na peronie dało się wyczuć napięcie. Tłum ruszył... i ku naszemu zaskoczeniu rozpędzony motłoch nie oszczędził nawet wagonu (!) 1. klasy, w którym również stoczono walkę o miejsca. W „dwójkach” szkoda pisać, co się działo, bo niewiele brakowało, a ludzie wchodziliby oknami, byle tylko zająć miejsce siedzące. Nam udało się wcisnąć do przedziału, w którym siedziały już dwie osoby. Inni nie mieli takiego szczęścia i musieli zostać na korytarzu. Swoją drogą, cały skład liczył około 12 pudeł, z czego tylko jedno było klasą 1. Stanowczo za mało w stosunku do liczby chętnych.
Kierunek Pomorze: Zapaszek w przedziale i ucieczka przed burzą
Przed nami 8-godzinna podróż z Dolnego Śląska do Gdańska. Już kilka minut po odjeździe ze stacji Wrocław uderzyła w nas ogromna fala smrodu – ciężko to opisać, lecz był to dosyć intensywny, duszący fetor niewiadomego pochodzenia. Otwarcie okna tylko pogorszyło sytuację, toteż trzeba było je zamknąć i liczyć na to, że zapach szybko się rozejdzie.
Gdzieś między Obornikami Śląskimi a Żmigrodem gazowanie ustąpiło i dalsza podróż odbyła się już bez żadnych incydentów. Noc spędzona w 6 osób w przedziale około 2x4 m nie była taka straszna, chociaż trzeba było się trochę wykrzywić, aby znaleźć dla siebie dogodną pozycję. Ułatwieniem były częściowo rozkładane fotele.
Do Gdańska dotarliśmy z lekkim opóźnieniem, około 8:40. Kolejne zaskoczenie – było dość ciepło jak na Pomorze. Krótki rękaw jak najbardziej wskazany. Dworcowe szczekaczki zapowiadały pociągi nawet po niemiecku (!), co było dla nas kolejnym zaskoczeniem tego dnia. Z racji tego, że w Gdańsku mieliśmy niecałe 6 godzin wolnego, nastąpiła szybka burza mózgów, po której obraliśmy kierunek na Jelitkowo, rezygnując ze zwiedzania starówki oraz portu. Zanim jednak trafiliśmy do tej bardziej morskiej części Gdańska, sporo nachodziliśmy się podziemiami dworca w poszukiwaniu przejścia na drugą stronę jezdni – do przystanku tramwajowego. Podróż tramwajem trwała około 40 minut, przebiegła miło i nie nużyła. W Jelitkowie mieliśmy rzut kamieniem na plażę, gdzie w ciągu kilku godzin odpoczynku udało się wykonać sesję fotograficzną, skontrolować temperaturę wody, spenetrować brzeg (oraz najbliższe zarośla), sprawdzić cenę piwa w „grzybku” Lecha oraz zdegustować ten trunek.
Z plaży przegoniła nas nieprzyjemnie wyglądająca chmura burzowa, która nieoczekiwanie nadciągnęła z bliżej nieznanego kierunku i postraszyła groźnymi pomrukami. W ostatniej chwili zdążyliśmy się zawinąć do tramwaju (całe szczęście, że z plaży do pętli było 5 minut drogi), ponieważ chwilę później potężnie lunęło.
Malbork: Oblężenie krzyżaków i incydent z gołębiem
Punkt kolejny wycieczki – Malbork. Dotarliśmy tam dość nieźle nabitym „kiblem” (EN57), w którym spora część pasażerów chłodziła się piwem, a później ganiała do najbliższego węzła sanitarnego, przy którym akurat ulokowaliśmy się my. Sama podróż trwała na szczęście około 50 minut, a w Malborku 3/4 pasażerów trunkowego składu wysiadło razem z nami.
Malbork jak na miasteczko jest dość rozległy, a od dworca do zamku jest spory kawałek. Na minus niestety trzeba zaliczyć bardzo słabe oznakowanie trasy. Niemal wychodząc z jakiegoś osiedla mieszkalnego, wchodzi się wprost na zamek. Żadnej przyjemnej starówki, ryneczku, ładnej dróżki.
Sam zamek udało nam się zobaczyć tylko z zewnątrz, chociaż początkowo były plany, aby zwiedzić go od środka. Pomińmy kwestie finansowe (20 zł bilet ulgowy, wejście o określonej porze tylko z przewodnikiem). Na zamek zjechała się chyba cała Polska. Dosłownie w każdej szczelinie, wszędzie, gdzie byś nie spojrzał – sto miliardów turystów, przebranych krzyżaków i innych dziwacznych postaci. TVN, Discovery i parę innych mediów miało tam swoje festyny, ogólnie harmider straszny, a zagęszczenie ludzi na metr kwadratowy przypominało japońskie metro. Jednym słowem: totalna porażka. Zrobiliśmy kilka fotek zewnętrznej fasady zamku i uciekliśmy stamtąd jak najprędzej.
Ponieważ w Malborku zaplanowaliśmy ponad 5 godzin na zaliczenie zamku, musieliśmy udać się do najbliższego lokalu gastronomicznego w celach konsumpcyjnych. I tu Malbork rozczarował nas po raz kolejny. Im dalej od zamku, tym trudniej o sensowne miejsce, gdzie można by zjeść konkretne danie. Specjalnie omijaliśmy stoiska z kiełbasą z rożna, których w okolicach zabytku było najwięcej. Na szczęście po wielu trudach udało się odnaleźć knajpę z dość przystępnymi cenami za porządny obiad. Do godziny 20:28 mieliśmy jeszcze mnóstwo czasu, lecz w kulturze oczekiwaliśmy na dworcu, obserwując, jak toczy się tamtejsze życie. Kolega Lód miał incydent z gołębiem, który obrał go sobie za obiekt do wypróżnienia. Osrał mu świeżo zmienioną koszulkę!
Nocny pociąg do Zakopanego: Luksusy i pobudka przez „gestapo”
W końcu przyjechał nasz skład, który miał nas zabrać aż do Zakopanego. Na peronie znowu zapanowała nerwówka, ludzi pojawiało się coraz więcej i wydawało się, że liczba oczekujących na nasz pociąg niedługo przekroczy populację Malborka. Tradycyjnie, gdy pociąg zatrzymał się na dobre, rozpoczął się niezły szturm, lecz ku naszej uciesze – głównie na zielonkawe wagony klasy drugiej. My ulokowaliśmy się w czerwonym wagoniku, blisko miejsca strategicznego (WC). Przedział mieliśmy tylko dla nas!
Dodatkowym, niezwykle miłym zaskoczeniem były całkowicie rozkładane fotele, dzięki czemu dało się z nich zrobić jeden wielki tapczan i w końcu wyprostować nogi w pozycji leżącej. Zmęczona ekipa momentalnie zasnęła. Kolejną niespodzianką był konduktor, który ledwo dobudził śpiącego Loda (ulokowanego tuż przy drzwiach) i poprosił o bilety do kontroli. Lód zaspany odparł, że bilety mamy, ale mu nie pokażemy, bo to za dużo roboty. Konduktor grzecznie podziękował i... poszedł dalej.
Około godziny 2:00 w nocy wpadła jednak inna konduktorka. Tym razem trafiliśmy na gestapo. Sprawnym ruchem pobudziła wszystkich, zapaliła światło, energicznie sprawdziła bilety oraz dowody osobiste (bilet turystyczny, który posiadaliśmy, był ważny tylko z dowodem tożsamości – większość konduktorów tego nie weryfikowała, lecz zdarzały się wyjątki), po czym opryskliwie poinformowała nas, że jedziemy w złym wagonie. Wagon do Zakopanego znajdował się na końcu składu, natomiast ten, w którym my leżeliśmy, jechał do Zagórza. Chwila konsternacji, burza mózgów (jechać do Zagórza czy nie?), po czym wzięliśmy rzeczy i udaliśmy się na koniec składu, do właściwego wagonu, z nadzieją na pusty przedział. Na szczęście takowy znaleźliśmy i mogliśmy kontynuować podróż bez incydentów.
Do Zakopanego dotarliśmy o godzinie 8:22. W pociągu spędziliśmy 12 godzin...
Ekspresowe Zakopane i krakowski moloch
Na miejscu mieliśmy dla siebie 4 godziny. Energicznie ruszyliśmy w stronę Krupówek, a następnie w kierunku Gubałówki. Szybki wjazd gondolą, fotosesja, krótki spacer i zjazd w dół. Tempo, trzeba przyznać, ekspresowe, ale to i dobrze – ludziska zaczynali się już schodzić i robił się niezły tłok.
Na Krupówkach zeszła nam większa część wolnego czasu – głównie na poszukiwaniach lokalu gastronomicznego. Wbrew pozorom niełatwo tam coś znaleźć, ale kto szuka, ten znajdzie. W Zakopanem czas szybko minął, toteż trzeba było wracać na dworzec. Tam stał już przygotowany „Żeromski”, który stopniowo zapełniał się podróżnymi. My bez trudu znaleźliśmy pusty przedział w kl. 1. Mieliśmy w nim spędzić 4 godziny, bo tyle trwała podróż do Krakowa. Standard wagonu nie budził zastrzeżeń. Fotele co prawda nie rozkładały się całkowicie, lecz można było regulować sobie oparcie. Dobre i to na krótką drzemkę. Droga z Zakopanego była bardzo ładna, malownicza, a w jej trakcie kilka razy zmienialiśmy kierunek jazdy. Na stacji Kraków Płaszów mieliśmy niemal 30-minutowy, bezsensowny postój – po raz kolejny zmienialiśmy kierunek. Aby tego dokonać, lokomotywa musi się odczepić ze składu i doczepić z drugiej strony. Zazwyczaj taka operacja trwa krótko, góra 10 minut. Ale nie w Płaszowie. W końcu o godzinie 16:00 ruszyliśmy w żółwim tempie do Krakowa Głównego.
Kraków Główny to dla nas oklepane miejsce, głównie za sprawą zeszłorocznych wycieczek i postojów. Nie ruszaliśmy się nawet na rynek, bo nie miało to sensu – do powrotnego pociągu do Zabrza mieliśmy niecałe 2 godziny. Postanowiliśmy więc obejrzeć sąsiadującą z dworcem galerię handlową. Kilkupiętrowy moloch, chyba drugie tyle co Silesia w Katowicach. Ludzi oczywiście jak psów, ciasno wszędzie, dookoła pełno butików z ciuchami – jak to w centrum handlowym. Uciekliśmy stamtąd czym prędzej na peron i tam w spokoju oczekiwaliśmy na pospieszny „Roztocze”, którym mieliśmy ostatecznie wrócić do Zabrza.
Powrót na Śląsk i podsumowanie epickiej trasy
Pociąg przybył punktualnie, lecz jak na skład jadący z Przemyśla, był mocno napchany, również w klasie 1. Udało nam się jednak w ostatniej chwili znaleźć pusty przedział, w którym rozłożyliśmy się na kolejne 2 godziny.
Trasa z Krakowa, podobnie jak Zabrze – Wrocław, była nam dobrze znana. Mijaliśmy Krzeszowice i Trzebinię, na których w latach poprzednich spędzaliśmy sporo czasu w oczekiwaniu na pociąg. Nic nas nie zaskoczyło, toteż droga minęła szybko i tak oto wylądowaliśmy na dworcu w Zabrzu. Objazdówka AD 2008 dobiegła końca o godzinie 19:55, w niedzielę, 20 lipca.
Przez ponad 2 dni przejechaliśmy około 1700 kilometrów, zwiedzając różne, daleko oddalone od siebie punkty w naszym pięknym kraju. Jednego dnia moczyliśmy nogi w zimnym Bałtyku, by drugiego podziwiać ze szczytu Gubałówki piękne Tatry. Przeżyliśmy oblężenie pod zamkiem w Malborku, konsumowaliśmy kolację w ciemnym wrocławskim parku grubo po godz. 22:00, byliśmy świadkami i uczestnikami wielu walk o miejsca w przedziałach. Niezapomniane 29 godzin łącznego czasu spędzonego w pociągach oraz blisko 21 godzin poza nimi minęło jak z bicza strzelił.
Była to ostatnia nasza wspólna objazdówka za cenę 80 zł za bilet turystyczny. Obecnie kosztuje on 99 zł, ale mimo tej podwyżki nadal jest to opcja niezwykle opłacalna – i to nie tylko dla takich zapaleńców kolejowych podróży po kraju jak my. Koniec.
Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz