Pracę w lokalnej firmie świadczącej usługi dostępu do sieci internetowych zacząłem w 2007 roku. Najlepsze jest to, że kilka lat wcześniej rozmarzałem się o pracy w tego typu firmie, wyobrażając sobie (czy wręcz imaginując) pewne czynności – typu zabawa w podłączanie kabelków, klikanie na komputerze i takie tam. Kilka lat później stanąłem u progu firmy, której byłem klientem, i oto uświadomiłem sobie, że marzenia się ziściły...
Świat u progu rewolucji technologicznej
Były to czasy, gdy staliśmy o krok od rewolucji technologicznej w postaci upowszechniania się łączy światłowodowych, które miały zastąpić wysłużone instalacje radiowe. Sieci internetowe były jeszcze w powijakach. Istniało mnóstwo malutkich, podwórkowych firm, które świadczyły swoje usługi na bardzo małych obszarach.
Duzi operatorzy, tacy jak ŚTK (chyba jeszcze przed wchłonięciem przez Vectrę), Netia czy Orange, mieli monopole na swoje lokalizacje, gdzie jakość dostępu do sieci była średnia lub mocno ograniczona. Jednym słowem: istniało spore rozproszenie różnych operatorów, ale też sporo miejsc na mapie stanowiło tzw. białe plamy.
Monter czy... „Instalator”?
Trafiłem do firmy w charakterze osoby poleconej przez zaprzyjaźnionego administratora tej sieci – w zasadzie bez żadnego doświadczenia teoretycznego i praktycznego. Na domiar złego nie wiedziałem do końca, co właściwie mam tam robić. Młodzik po szkole, w trakcie studiów... ambicja kazała mi startować co najmniej na administratora systemu.
Rzeczywistość okazała się jednak inna i wylądowałem jako „instalator sieci teleinformatycznych”. Taka ładna nazwa mojego stanowiska pracy widniała w umowie, z której biła mi po oczach duma i radość:
„Patrzcie, jestem instalatorem sieci TELEINFORMATYCZNYCH! Nie jakiś tam monter czy inny operator druta i wiertarki – INSTALATOR SIECI TELEINFORMATYCZNYCH, patrzcie!”
Samo wyobrażenie o siedzibie firmy internetowej też było ciekawą sprawą. Byłem realistą i wiedziałem, że marmurów spodziewać się nie można. Jednak skoro golą co miesiąc w opłatach za dostęp do sieci ponad 60 zł, to wyobrażałem sobie, że biuro będzie wyglądać przynajmniej okazale i reprezentatywnie. Oczywiście trochę się zdziwiłem, gdy ujrzałem mocno wysłużone pomieszczenia i wszechobecny rozgardiasz... No ale tu jest Polska, tu się tak żyje.
Pierwszy dzień w pracy i święta księga
Mniejsza z tym. Była godzina 8:00 rano w piątek, 14 września 2007 roku. Stałem w biurze z reklamówką ciuchów roboczych, czekając na jakieś konkretne informacje: co i jak.
Chwilę później pojawili się kolejni pracownicy – moi przyszli partnerzy, z którymi w ten dzień miałem instalować internet. Obaj nieco szersi w pasie. Jeden bardzo powściągliwy w słowach, mocno zniesmaczony życiem i całym otoczeniem; drugi z gatunku tych, co dużo mówią, niekoniecznie zastanawiając się, czy ma to sens.
Od razu zapoznałem się z nowymi współpracownikami. Dowiedziałem się, dlaczego dzisiaj jest fajny dzień (bo to piątek!) oraz poznałem pierwszy sekret pracy na stanowisku montera... przepraszam, instalatora sieci teleinformatycznych – czarny kalendarzyk.
To była księga tak święta, jak Biblia czy inny Koran. W niej albowiem zapisane były instalacje na dany dzień z adresami przyszłych klientów. Później dowiedziałem się, że istnieje też drugi kalendarz, koloru niebieskiego – ten jednak przeznaczony był dla serwisantów, czyli tych, którzy stali wyżej w hierarchii wykonawczej tej firmy. Ale o tym innym razem.
Czarna Perła w gazie rusza w teren
Chłopaki rzucili okiem na zapisane w tym dniu instalacje, skomentowali lokalizacje, gdzie przyjdzie im „walczyć” razem ze mną, i ruszyliśmy do pracy. Pomijam kwestie przebierania się i przygotowywania do wyjazdu. Przejdźmy do konkretów.
Naszym pojazdem instalatorskim była „Czarna Perła” na gaz, czyli wysłużony Polonez Caro. Jak na początek dnia – wrażeń miałem już całkiem sporo. Ruszyliśmy tym polskim przybytkiem motoryzacyjnym w teren.
Nie pamiętam już dokładnie adresów tamtych instalacji, jednak moje myśli przez cały czas zmierzały w jednym kierunku: „Co ja tu robię, w co ja się wplątałem?”. Sam dzień minął w miarę dobrze i szybko. Chłopaki opowiadali swoje historie, które przydarzały im się na montażach, a ja, słuchając tego i analizując sytuację, w której się znajdowałem, myślałem tylko o jednym:
„A może by to wszystko pierdzielnąć i wyjechać w Bieszczady?”
Uścisk dłoni Prezesa i powiew zachodniego systemu
Koniec końców dotrwałem do końca dniówki. W firmie był już szef, więc musiałem udać się do niego na krótką audiencję. Standardowe pytania z zawadiackim uśmieszkiem: — „Jak było?” — „Chcesz u nas pracować?”
zakończyły się moimi odpowiedziami: — „W porządku” — „Tak, całkiem fajna praca”
oraz na koniec uściskiem dłoni Prezesa.
Ponieważ to był piątek, dowiedziałem się, że w firmie panuje wtedy małe święto – wypłata. Każdy piątek miesiąca (oprócz ewentualnego piątego) był dniem uroczystym i każdy z utęsknieniem czekał do godziny 18:00, kiedy to Prezes osobiście wypłacał tygodniówki. Taki powiew angielskiego systemu płacowego w polskich realiach. Ja oczywiście gotówki jeszcze nie dostałem – w zamian mogłem cieszyć się uściskiem dłoni i szczęściem na twarzy Prezesa.
Tak właśnie kończył się mój pierwszy dzień pracy w lokalnej firmie internetowej. Już nawet się nie przebierałem. W brudnych ciuchach (stara bluza dresowa, portki ofajdane pyłem) wracałem pieszo przez miasto. Emocji było sporo, a przede mną wolny weekend i czas na głębokie przemyślenia...
Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz