KategoriaWspomnienia serwisanta

6. Szorty

Miniaturka wpisu: 6. Szorty

Szorty z życia serwisanta i instalatora (2007–2014)

Dzisiejszy odcinek będzie troszkę inny niż dotychczasowe. Zamiast długiego opisywania jednego czy dwóch zdarzeń, skupię się na tzw. snapshotach z ówczesnej pracy jako serwisant i instalator. Opiszę sytuacje, które jeszcze zostały mi gdzieś w pamięci, a które nie wymagają nie wiadomo jak długiego opisu.

Sytuacje, które przedstawiam, nie są ułożone chronologicznie – pochodzą z lat 2007–2014.

Poranne zawirowania czasowe

Jako instalator pracę zaczynałem o godzinie 9:00 rano, z czego pierwszy montaż był umawiany na 10:00. I tak się kilka razy w różnych odstępach czasowych złożyło, że obudziwszy się rano, zrywałem się na równe nogi, szybko szykowałem śniadanie i niemal w slipach leciałem do roboty „spóźniony”. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że stojąc w firmowym progu, na zegarze wybija dopiero godzina 8:00 rano... W sumie nie tylko ja wtedy byłem zdziwiony.

Taka sytuacja zdarzyła mi się dwukrotnie.

Biały Kruk i bieg pierwszy (oraz jedyny)

Serwisant. Zmiana popołudniowa, godziny pracy 15:00–23:00. Chyba środek tygodnia, prawdopodobnie któryś z miesięcy wiosennych lub letnich. Popołudnie dość leniwe, dość ciepło. Ruszam na serwis do odległej dzielnicy Zabrza. Biały Kruk sunie jak rakieta na miejsce docelowe. Samego serwisu nie pamiętam, bo nie był on istotny.

Po skończonej robocie siadam do auta i chcę wyjechać z miejsca parkingowego. Wrzucam wsteczny bieg i... coś tu nie gra. Drążek zmiany biegów został mi w ręce! Dosłownie. Wyciągnąłem cały drążek, którym zmienia się biegi. Najśmieszniejsze było to, że nie dało się go włożyć z powrotem, bo nie bardzo chciał pasować. Niby przykładam go tak, jak był, ale bieg wrzucony (jedynka) ani drgnie. Jak tu wycofać? Jak dojechać?

Dzwonię do firmy, mówię, o co chodzi... Kolega nie przyjedzie, bo jest sam w biurze. Jestem zdany na siebie. Cóż... Dobrze, że parking był na delikatnym wzniesieniu, toteż wcisnąłem sprzęgło, lekko zabujałem autem i Biały Kruk powoli wytoczył się ze swojego miejsca. Udało się jakoś wykręcić z parkingu. Przede mną najtrudniejsza droga – do firmy. Między dzielnicą Rokitnica a centrum miasta jest jakieś 7 km drogi. Co było robić? Dawaj na jedynce!

I tak sobie jechałem na pierwszym biegu. Silnik wył jak wściekły. Jak widziałem, że za mną zbiera się wężyk samochodów, wystawiałem rękę przez okno i machałem w stylu „wyprzedzaj”. Po kilkudziesięciu minutach udało mi się zajechać na firmowy parking, gdzie przesiadłem się do „Polówki”. Następnego dnia z rana dowiedziałem się, że jeden z prezesów ogarnął sytuację i naprawił usterkę.

Taniec z dzikiem w Biskupicach

Także serwis. Lato, godziny mocno wieczorne, bo było już ciemno. Strzelam, że musiało być po 21:00. Pędzę z centrum na zadupie, czyli os. Młodego Górnika w dzielnicy Biskupice. Kiedyś droga, która tam prowadziła, biegła przez las. I tak na prostym odcinku – jak to miałem w zwyczaju – dość żwawo mknę Białym Krukiem. Poniżej stówki tam nie schodziłem nawet w nocy, bo drogę, jak większość w mieście, znałem na pamięć.

I zapierdzielam tak sobie, jadąc przez las, aż tu nagle dzik wyskakuje mi na jezdnię! Wystraszyłem się zdrowo, wcisnąłem hamulec w dechę, Passat tańczy na asfalcie, a dzik na szczęście zachował trzeźwość umysłu i spierdzielił w krzaki. Resztę trasy przejechałem grzecznie. Serwis na szczęście to była formalność, ale strach pozostał. I nie chodziło o dzika czy rozbite auto. Tańcząc w lesie na asfalcie przy wysokiej prędkości, mogło się to skończyć naprawdę nieciekawie...

Porażające spotkanie z prądem (BHP!)

Kolejny serwis, tym razem w centrum. Diagnoza prosta – brak zasilania na switchu. Szukam źródełka w jednym z budynków. Wdrapuję się po schodach na ostatnie piętro, czyli tam, gdzie dawno temu znajdowała się skrzynia z routerem (instalacja dawniej była radiowa, obecnie przepięta na światłowód). A skoro skrzynia z routerem tam jest, prąd musi być skądś pobierany. I rzeczywiście. Z ogromniastej skrzynki widać, jak biegnie po ścianie cieniutki kabelek elektryczny wprost do puszki w ścianie, oddalonej o jakieś 1,5 metra.

Podchodzę bliżej do „źródełka” prądu i już się cieszę. Plus wypiął się z kostki. Banał! Rutynowo sięgam po „probówkę” (taki śrubokręcik ze wskaźnikiem napięcia) do torby, a drugą ręką łapię kabelek.

I jeeeeb! Jak mnie pokopało, to w życiu nie miałem takiego uczucia. Osunąłem się pod ścianą solidnie porażony i przez jakąś minutę byłem sparaliżowany ilością woltów, które przeze mnie przepłynęły. Tego się nie spodziewałem, więc jeszcze kilka minut dochodziłem do siebie, zanim zrobiłem drugie podejście. Tym razem ubrałem rękawicę, wziąłem izolowane kombinerki i za ich pomocą włożyłem kabel do kostki. Serwis gotowy. Powinno mi to zająć 3 minuty, trwało chyba 20... Jeszcze na drugi dzień czułem, jak mięśnie w okolicy serca mnie napierdzielają. BHP, pamiętajcie!

Zbrodnia na rzeżusze

Rok 2008, instalator. Mamy montaż gdzieś na ruderkach.

Słowo wyjaśnienia: ruderkami nazywaliśmy stare budownictwo. Familoki i ogólnie wiekowe budy, które wyglądały, jakby było świeżo po działaniach wojennych. Nieważne, czy były to zdewastowane kamienice, czy po prostu zwykłe, stare familoki. Stare? Stare. A więc ruderki.

No i tak montaż sobie trwa bez przeszkód. Akurat stoję na drabinie przy drzwiach klienta i schodząc z niej, czuję pod butami, że w coś wdepnąłem. Patrzę w dół – doniczka z rzeżuchą. W sumie nie zdążyłem nawet dobrze nogi wyciągnąć z tej rzeżuchy, a tu z drzwi wychyla się głowa klientki i patrzy to na mnie, to na zdeptaną zieleninę. Patrzy, patrzy, chwilę myśli i mówi mi prosto w oczy:

„Zajebię!”

Po czym zniknęła w mieszkaniu. Na szczęście żartowała – babka z dystansem do życia, jak się później okazało. Pośmialiśmy się później jeszcze przy podpisywaniu umowy, a rzeżuchę mi wybaczyła.

Paraliż dolnej wargi i pozdrowienia z Irlandii

Rok 2007. Jeden z pierwszych tygodni pracy jako instalator. Przyjechaliśmy na montaż w cztery osoby: dwóch dotychczasowych instalatorów (jeden kończył karierę w firmie, a drugi awansował na serwisanta) no i ja z kolegą (tym, który przyjął się dzień po mnie).

Zajechaliśmy pod jakiś adres w dzielnicy Mikulczyce. Wysiadamy z auta. Kolega (grubszy gość, gaduła i pierdoła, ten, który na dniach kończył karierę) wysiada z wozu, spogląda na budynek i widać, że analizuje sytuację. Nagle wypala do nas:

„Idziecie sami na instalacje, ja nie mogę się ruszać. Mam paraliż dolnej wargi.”

Jak powiedział, tak zrobił. Wsiadł do auta i siedział tam, aż nie wróciliśmy z montażu. W sumie niezły aparat z niego był. Jakiś czas po tym, jak zwolnił się z firmy, przysłał nam kartkę pocztową, na której napisał mniej więcej tak:

„Pozdrowienia z Irlandii, gdzie pracuję tak jak we Fyrmie, ale za 300 euro, a nie złotych tygodniowo, hahahaha. Miłej pracy, rodacy!”

Weekendowy dyżur i „kara” od misia Robo

W pracy serwisanta bywały obowiązkowe dyżury, np. w weekendy lub święta. Mus to mus, trzeba było odbębnić. W końcu ludzkość musi mieć dostęp do internetów w dni wolne od pracy. I tak w jeden z takich słonecznych, wiosennych weekendów znalazłem się na zmianie z kolegą o wewnętrznym pseudonimie „Robo”. Gość był sympatyczny, postury wielkiego misia. Niestety zawsze denerwował się, gdy musiał rozmawiać z klientami przez telefon, bo przeważnie trafiał na dość specyficznych zgłaszaczy.

Akurat w ten weekend było spokojnie, więc wybyłem z firmy, zostawiając go na telefonach. W ciągu 4 godzin, jak mnie nie było, udało mi się zaliczyć: oglądanie filmu z dziewczyną (obecnie żoną), spacer z psem, obiad i wypad do spożywczaka. W zasadzie przeputałem tak całą sobotnią albo niedzielną dniówkę. Niestety nie zauważyłem, że służbowy telefon w międzyczasie wyłączył mi się w kieszeni.

Gdy wróciłem do firmy, kolega o posturze wielkiego misia zmienił się w wielkiego, mocno wkurzonego misia. Co prawda nie dlatego, że znów pewnie trafił na jakiegoś toksycznego klienta na telefonie, ale dlatego, że nie mógł się do mnie dodzwonić, a też miał parę spraw do załatwienia na mieście. Naszą, serwisantów, niepisaną umową było to, że jak jest luzik, to każdy wyskakuje na miasto, jeśli ma potrzebę, i załatwia swoje sprawy. No a tutaj moja akcja została odczytana jako sabotaż i celowe działanie. Niestety dostałem karę od kolegi Robo.

Przez dwa tygodnie, jak był na zmianie ze mną, a ja dzwoniłem do firmy z terenu w różnych sprawach (typu: „sprawdź mi, czy działają budynki XXX” albo „potwierdź mi, że widzisz już jakiegoś klienta z XY, bo właśnie zrestartowałem switch”), to gdy odbierał ode mnie telefon, przypominał mi, że mam karę. Odpowiadał, że mi czegoś nie sprawdzi i się rozłączał, albo kazał długo czekać. Cóż, było to zabawne. W końcu po dwóch tygodniach nagle dzwoni do mnie, gdy byłem gdzieś w terenie, i oznajmia, że kara się skończyła i żebym następnego razu nie próbował. Jak widzicie, wesoło było na tych serwisach.

Na dzisiaj tyle szortów. Mam nadzieję, że spodobała wam się taka forma wspominek. Piszcie w komentarzach, czy nadal mam takie skróty wrzucać, czy skupiać się na bardziej złożonych opisach zdarzeń, które pamiętam z większymi szczegółami!

Komentarze

Brak komentarzy.

Dodaj komentarz