Wnikliwi czytelnicy tego bloga być może już zwrócili uwagę na charakterystyczne nazewnictwo, które stosuję w nazwach kategorii oraz relacjach z wycieczek. Są to słowa „grillwycieczka” oraz „objazdówka”, które postaram się w tym wpisie zdefiniować i wyjaśnić ich pochodzenie.
Grillwycieczki
Zaczynając chronologicznie: grillwycieczki powstały jako pierwsze. Jak to się w ogóle zaczęło?
Na początku nowego wieku, w okolicach 2004 roku, jako już pełnoletni kumple z podwórka, spotykaliśmy się często na tzw. „browarkach”. Najczęstszym miejscem spotkań był ówczesny obiekt Klubu Sportowego „Górnik”, na który można było wejść w sposób nienadzorowany i całkiem legalnie – główną bramą. Można było szwendać się niemal po całym terenie: po trybunach odkrytych, po zadaszonej, w tunelach i wszędzie tam, gdzie nie było bramy zamkniętej na klucz. My obraliśmy sobie całkiem klimatyczne miejsce nieopodal... toalet za trybuną „pod zegarem”, niedaleko wejścia głównego. Miejsce to było z dala od zgiełku ulicy, więc w spokoju pozwalało na długie rozmowy, dyskusje i przemyślenia w kulturalnym stylu.
To właśnie podczas jednego z takich kręgów dyskusyjnych, w trakcie wakacji 2004 roku, padła idea zorganizowania samodzielnej wycieczki gdzieś za miasto, połączonej z grillem. Temat okazał się dość chodliwy i został podłapany przez większość ówczesnego towarzystwa, ale w tamtym roku jeszcze nie doszedł do skutku. W dużej mierze zadecydował brak konkretów: gdzie, czym, kiedy i za ile? Koszty wyjazdu i grilla z perspektywy dzisiejszych czasów nie były wielkie, ale w tamtym okresie pieniądz miał inną wartość. Całe towarzystwo albo dopiero kończyło szkoły, albo nadal się uczyło, więc o dochodach z tytułu pracy nie było mowy. Z kieszonkowym też bywało różnie, więc wyszło, jak wyszło. Pomysł jednak pozostał w sferze idei i nie zniknął całkowicie.
Wiosną 2005 roku temat wrócił z mojej inicjatywy. Postanowiłem wziąć sprawy we własne ręce i zastanawiałem się, jak uatrakcyjnić taki wyjazd, by nie był to jakiś banalny wypad za miasto, ale coś więcej. Grill miał stanowić główny punkt programu, ale uznałem, że zanim on nastąpi, potrzebny jest jakiś konkretny cel, do którego wszyscy będą dążyć. Wymyśliłem więc, że idealnym rozwiązaniem będzie połączenie atrakcyjnego turystycznie miejsca z piknikowaniem. Po wielu długich przemyśleniach zaplanowałem wyjazd na Jurę Krakowsko-Częstochowską – do Mirowa i Bobolic. O planowaniu tej i kolejnych grillwycieczek można by w sumie napisać osobny tekst. Sporo z tamtego czasu pamiętam, więc myślę, że byłoby to dość ciekawe, szczególnie z perspektywy ponad 20 lat.
Zaplanowana i zorganizowana wycieczka na Jurę udała się perfekcyjnie, a my jako pierwsi uczestnicy tej wyprawy (ja – btn, Cyc, Bastek i Lód) złapaliśmy zajawkę na kolejne wyjazdy. Warto wspomnieć, że podczas każdej wycieczki kategorycznie pilnowaliśmy, by tworzyć dokumentację zdjęciowo-filmową za pomocą tego, co akurat posiadaliśmy. Początkowo był to jeden z pierwszych aparatów cyfrowych Kodaka, który robił zdjęcia w jakiejś tam przyzwoitej rozdzielczości, a nawet rejestrował filmy (choć bez audio).
Po pierwszym wyjeździe decyzja o kolejnym zapadła błyskawicznie i już miesiąc później znów zorganizowaliśmy wypad na Jurę – tym razem do Olsztyna k. Częstochowy. Dzięki nowym materiałom fotograficzno-filmowym zająłem się również montażem pamiątkowych wideo z prostym podkładem muzycznym, dokumentujących nasze przygody.
Pojawił się jednak problem w nazewnictwie. „Wycieczka z grillem na Jurę” to była za długa nazwa, więc – być może przypadkowo, a być może z jakiegoś innego powodu – powstało zbitka słów „wycieczka” i „grill” – Grillwycieczka. To był strzał w dziesiątkę, bo krótka, jednowyrazowa nazwa idealnie oddawała to, co podczas tych wyjazdów było gwoździem programu. Każdy, kto słyszał to słowo, wiedział o co chodzi i nie trzeba było nikomu tłumaczyć, w jakim celu zorganizowana jest wyprawa i co tam się odbywa.
W ramach grillwycieczek przewinęło się trochę osób, ale trzon mojej podwórkowej ekipy pozostał niezmienny: btn, Cyc i Lód. Ważnym aspektem definiującym taką wyprawę były kwestie finansowe: miało być tanio, ale miała być też podróż i przygoda. W związku z tym obowiązkowym i dominującym środkiem transportu została kolej. Uzupełniający środek to początkowo PKS-y (wtedy jeszcze istniały) lub komunikacja miejska/gminna (w zależności od tego, gdzie się jechało). Na samym końcu pozostawały... własne nogi, tam gdzie kolej i autobusy nie dojeżdżały. W transporcie publicznym każdy z nas korzystał z legitymacji szkolnych, które dawały 37% zniżki, oraz z ofert kolejowych w postaci wspólnych biletów (dodatkowy rabat). Dzięki bliskości Jury Krakowsko-Częstochowskiej koleją można było dojechać w wiele miejsc dość sprawnie, a ewentualne dojazdy autobusami były krótkie i nie stanowiły wielkiego wydatku.
Objazdówki
Żywot grillwycieczek przypadł na lata 2005–2008, ale w trakcie ich trwania nasz apetyt na podróże kolejowe i związane z nimi przygody wzrósł do takiego stopnia, że samo taszczenie ze sobą grilla stawało się niewystarczające. Wycieczki do konkretnego celu, jakim był np. zamek, nadal stanowiły frajdę samą w sobie, ale brakowało „tego czegoś”, co skutecznie podkręciłoby rosnącą ciekawość poznawczą i żądzę przygody.
Wakacje 2006 roku to był okres, gdy nałogowo pochłaniałem treści związane z kolejnictwem. Odkryłem wówczas grupę dyskusyjną na Usenecie – pl.misc.kolej – na której zaczytywałem się w postach miłośników kolei, którzy opisywali zaliczone przez siebie trasy, nazywając je „kółeczkami”. Kółeczka w wielkim skrócie polegały na tym, że dany pasjonat obierał sobie za cel przejazd wybranymi trasami, które w kręgach „mikolskich” miały większą lub mniejszą wartość. Zaliczenie linii polegało na tym, że skrupulatnie notował on, jakim pociągiem jechał (łącznie z numerami bocznymi i modelami wagonów), gdzie i o której się przesiadał, często dodając też swoje osobiste wrażenia z okna pociągu.
To dzięki tym opisom dowiedziałem się, że istnieją tzw. bilety ryczałtowe (zwane „turystykami”), dzięki którym za niewielką, jednorazową opłatą można w zasadzie jeździć na okrągło wszystkimi pociągami pospiesznymi i osobówkami przez cały weekend. Oczy mi się dosłownie zaświeciły! Przy kolejnych rozmowach w znanym Wam już, starym miejscu rzuciłem ideę zorganizowania takiego „kółeczka” we własnym zakresie.
Jak to jednak z grillwycieczkami było, tak i tu: idea to jedno, a realizacja to drugie. Rok 2006 ostatecznie zamknął się wyłącznie grillwycieczkami. Jednak myśl o samodzielnej przygodzie i jeżdżeniu po całym kraju za niewielkie pieniądze nie dawała mi spokoju. Późną wiosną 2007 roku wykiełkował mi w głowie konkretny plan, oparty o relacje wciąż czytane na wspomnianej grupie. Z pomocą przyszedł internetowy rozkład jazdy i cyfrowa mapa (jeszcze nie Google Maps!). Musiałem wymyślić miejsce, które będzie głównym celem wyprawy – wabik, do którego wszyscy będą dążyć, znosząc po drodze trudy kolejowej podróży. Wybór nie był oczywisty, ale padło na najdalej wysunięty punkt Polski: Hel. Było to miejsce o tyle przyciągające, że ja sam pamiętałem je jak przez mgłę z krótkiej wycieczki samochodowej z rodzicami wiele lat temu, a reszta składu miałaby być tam po raz pierwszy!
Następnie należało tak zaplanować trasę, by nie spędzać całego dnia w pociągu, co szybko zabiłoby całą przygodę nudą. Jako że miałem już główny punkt, dokooptowałem punkty poboczne, czyli przerwy na zwiedzanie Krakowa, Warszawy i Gdyni. Pamiętam, jak entuzjastycznie odkrywałem połączenia, które pozwalały zrealizować założony plan. Idea towarzysząca planowaniu trasy opierała się na jasnych zasadach:
-
korzystamy z Biletu Turystycznego w 2. klasie,
-
w dzień bazujemy na krótkich dojazdach między pobocznymi atrakcjami,
-
na noc obieramy najdłuższą trasę, tak by przespać się w pociągu,
-
bierzemy zapasowy prowiant, by jak najmniej pieniędzy wydać w drodze.
Jak widać, założenia były zgoła inne niż w przypadku mikolskich „kółeczek”, a sama ta nazwa niezbyt mi się podobała. Postanowiłem zmienić ją na taką, która lepiej pasowałaby do naszego stylu. I tak powstała Objazdówka – słowo, które przyjęło się idealnie i w punkt definiuje charakter wycieczki: objeżdżamy kraj wzdłuż i/lub wszerz.
Pierwsza, pionierska objazdówka doszła do skutku w dniach 11–12 sierpnia 2007 roku. Wszyscy wrócili cali, nikt nie zginął, choć niesmak po tym wyjeździe pozostał i jeszcze przez długi czas odczuwaliśmy jego konsekwencje. Szerzej napiszę o tym niebawem, w specjalnej relacji po latach z tamtego wydarzenia (w tamtym okresie poza materiałem fotograficznym i zmontowanym klipem nie powstał niestety żaden konkretny opis).
Myślę, że ostatecznie wyjaśniłem charakterystyczne nazewnictwo stosowane na blogu. Kulisy jego powstawania nawet dzisiaj, po latach, wzbudzają we mnie sentymentalne westchnienie: ech, kiedyś to było!
Komentarze
Ej a masz w kolekcji jakiś bilet z tych grubych tekturowych, o kształcie prostokąta z okrągłą dziurką? :D
Niestety nie mam.
Dodaj komentarz